Blog > Komentarze do wpisu
"Diamentowy wiek" - Neal Stephenson
Wstyd się przyznać, ale jest to pierwsza powieść Stephensona, jaką w życiu przeczytałam, a jako fan fantastyki akurat jego chyba powinnam znać (ale Egana też nic nie czytałam, ani Banksa, ani Pat Cadigan). Zapewne nie ostatnia, bo Stephenson mi zaimponował, choć raczej czymś innym niż się spodziewałam. Bo nie o element science fiction mi chodzi.

Steampunku tam tyle co kot napłakał, bo plemię Neowiktorian raczej nie wystarczy, by uznać całą powieść za ważną reprezentantkę gatunku, zwłaszcza że stylizacji jest tam zdecydowanie więcej. To właśnie jest najbardziej zachwycający element: gdy Stephenson pisze o sędzim Kieu, to płynie używa języka z serii Roberta van Gulika o sędzim Di (moje ulubione fragmenty); gdy pisze o Pączku, to ja mam poczucie czytania Gibsona; opowieść Nell to Dickens pełną gębą (chyba że akcja zostaje przeniesiona do Lekcyjonarza, wtedy czytam Grimmów). I to się czuje, ma to wpływa na dobór słów, na styl, na sposób prowadzenia narracji. Stephenson ma też bardzo wysublimowane poczucie językowego humoru, co objawia się w nazwiskach niektórych postaci. Chyba najbardziej oryginalne są fragmenty poświęcone Johnowi Hackworthowi, ale jest to też najciekawsza postać, najmniej jednoznaczna, przypominająca trochę Żyda Wiecznego Tułacza.

A o czym jest książka? O rewolucji i o rodzinie, przynajmniej ja to tak odbieram. Lord Finkle-McGrath chce podziemnej, tajnej rewolucji w sposobie myślenia, natomiast lud Han chce rewolucji krwawej, odwracającej porządek świata. Powieść nie daje jednoznacznej odpowiedzi co do sukcesu tych przedsięwzięć, czy też ich porażki. Na pewno zmieniają one oblicze świata.

Co do rodziny, Stephenson zdaje się przywiązywać większą wagę do wyboru niż genetyki. Przykładem niech będzie wybór Elizabeth, która przyłączyła się do KryptNetu, czy dziwna relacja pomiędzy Nell, Mirandą i Carlem Hollywood, którzy wydają się być mimo braku pkrewieństwa archetypami córki, matki i ojca. Jednocześnie Nell, w miarę upływu czasu, coraz mniej wspólnych cech ma z rodzonym bratem Harvem, co w piękny sposób oddane jest w ich wypowiedziach.

Ciekawa jest również kwestia wolności i demokracji (zwłaszcza że Stephenson jest Amerykaninem): "nasienie" jest złe, władza powinna kontrolować ludzi i ich poczynania przynajmniej w pewnym stopniu, pełna wolność decyzji jest zła w samej swojej idei. Zastanawiam się również, czy za rasizm nie poczytać zachowania Mysiej Armii wychowanej na specjalnie zmodyfikowanej przez Hackwortha wersji Lekcyjonarza: czyżby Chińczycy faktycznie potrafiliby racjonalnie używać nasienia z uwagi na pewne wbudowane w osobowość każdego z nich posłuszeństwo autorytetowi? Kwestia do dogłębnej dyskusji.

Książkę polecam z czystym sumieniem.

 

(pozycja z listy rezerwowej, ale skoro nikt oprócz mnie się już wyzwaniem nie przejmuje, to ja nie zamierzam się przejmować kolejnością czytania :D)

poniedziałek, 19 kwietnia 2010, rusty_angel

Polecane wpisy

Komentarze
2010/04/19 11:43:13
Zgadzam się z pozytywną opinią :). To była też pierwsza książka Stephensona, jaką ja przeczytałam i zaraz potem rzuciłam się na wszystkie kolejne (tzn. wtedy miałam do dyspozycji raptem The Big U, Zodiac i Snow Crash, w której się skądinąd zakochałam). Potem, oczywiście, okazało się, żę autor jest dla mnie stanowczo za mądry i od tej pory kolejnych jego książek (Cryptonomikon, cykl barokowy) nie łykam, tylko się przez nie powoli (i z pokorą) przedzieram... :)
I masz rację, najbadziej fascynujące jest w tym wszystkim to, jak Stephenson bawi się rozmaitymi konwencjami literackimi, dobierając pomysły i stylistykę do tematów. Chyba to sobie jeszcze raz przeczytam...
-
rusty_angel
2010/04/19 12:47:30
Wiedziałam, że warto te recenzje pisać. Ja zamierzam zabrać się za "Zamieć" z uwagi na postać panny Matheson, ale to za czas jakiś, bo na razie muszę przerobić stosik na stoliku za łóżkiem. Dobrze, że czasu mam aktualnie sporo.
-
daftcount
2010/07/05 22:57:08
Pat Cadigan nie jest łatwa, mało ludzi znam co ją przeczytali ;) I jeszcze mniej tych, co zrozumieli, bo ja nie. "Wgrzesznicy" to lektura na dobre kilka dni, a równie ciężko czytało mi się "Ulissesa" J.Joyce'a.
Wyzwanie Steampunk:

Wyzwanie Queer: