Blog > Komentarze do wpisu
Ethan z planety Athos - Lois McMaster Bujold - recenzja 2

Bardzo dużo obiecywałem sobie po Ethanie... Bujold . Spodobała mi się idea klasycznego s-f połączonego z koncepcją obserwowania wydarzeń z perspektywy bohatera, nierozumiejącego hetero-normatywności. Mógł wyjść z tego prawdziwy popkulturowy majstersztyk. Tymczasem to co wydawało się najbardziej obiecujące (homo-normatywne obyczaje Athos i „homo-tożsamościowy” bohater główny ->”homo-tożsamościowy” w sensie, że nierozumiejący innej tożsamości od homoseksualnej) okazały się jedynie pretekstem do kilku średnio zabawnych (i wciąż powtarzanych) dowcipów o nieprzystawalności Ethana do reszty świata i dość krótkiego prologu na Athosie, który dla mnie był najciekawszym fragmentem powieści. Jądrem powieści okazała się raczej średnio interesującą historia szpiegowska z bandą zdemoralizowanych, pozbawionych skrupułów przestępców, genetycznymi eksperymentami, w której Ethan od czasu do czasu występuje jako dziewica w opałach, a czasami jako przenikliwy Sherlock Holmes. Reszta bohaterów jest natomiast niemożebnie prosta (przebojowa Quinn, tajemniczy Cee i geniusz zbrodni: Millisor). To wszystko plus prosta, pozbawiona spektakularnych zwrotów akcji intryga sprawiła, że naprawdę ciężko mi było cieszyć się queerowością Ethana. Zwłaszcza, że sama queerowość została ograna jako komediowa zabawa normami społecznymi, a przebijająca się na pierwszy plan warstwa sensacyjna historii okazała się wybitnie niezajmująca.

 

Jak napisałem wyżej, główną wadą książki była dla mnie miałkość wątku szpiegowskiego. Historia uprowadzenia materiału genetycznego od którego zależało być czy nie być planety Athos i ściśle tajna podróż Ethana w celu zdobycia nowych materiałów rozrodczych sama w sobie niosła spory potencjał. Problem pojawił się w momencie przybycia Ethana na stację Kline, kiedy to okazało się, że ciąg dalszy historii składa się z samych wyświechtanych motywów, prowadzących spokojnie czytelnika od jednego elementu zagadki do kolejnego bez jakichkolwiek emocji czy autentycznego suspensu. Ani przez moment nie obawiałem się o życie bohaterów, może dlatego, że całość została przedstawiona jako lekki pastisz thrilleru s-f. Dużo humoru i dość pretekstowa opowieść, podrasowana delikatnie queerowymi zabawami.

 

Skoro o kryminalno-sensacyjnej warstwie powieści nie ma co pisać, spójrzmy w takim razie na społeczeństwo i ustrój Athos, które są chyba najbardziej interesującym, a na pewno najbardziej eksperymentalnym elementem książki. Athos to planeta-państwo, którym rządzi autorytarna, nieco enigmatyczna władza. U podstawy systemu politycznego leżą religijne prawa sformułowane przez ojców założycieli, które w lekko zmodyfikowanej formie przypominają prawa Mojżeszowe. Czyli uporządkowana, ortodoksyjnie skodyfikowana moralność plus wiara w jednego Boga i szacunek dla jego kapłanów. Oprócz tych religijnych naleciałości całość prezentuje się trochę jako gejowska utopia (jeżeli założymy, że w gejowskiej utopii chodziłoby o całkowitą homo-normatywność). Chociaż bardziej poprzez utopię mam tutaj na myśli „w miarę” nieinwazyjny system społeczny, zapewniający względny dobrobyt i dość rozbudowany system opieki nad dziećmi. Reglamentacja rodzicielstwa przynajmniej z perspektywy dobra dziecka wydaje się być pozytywnym rozwiązaniem społecznym. W ten sposób szansę na dziecko ma nie ten, kto po prostu chce je mieć, ale ten kto swoim zachowaniem i pracą udowodnił, że będzie dobrze spełniał ojcowskie obowiązki. Problem z Athosem jest jednak taki, że planetę poznajemy z perspektywy obywatela-lojalisty, który bez zastrzeżeń przyjmuje nakazy i zakazy władzy. Kwestia np. cenzury jest więc przedstawiana jako słuszna metoda zapobiegająca niepokojom społecznym (i jako akcent humorystyczny), a nie jako realny problem ograniczenia wolności. A więc na własną rękę musimy wyszukiwać wszelkie anty-utopijne naleciałości: biurokrację, brak kontroli władzy ze strony obywateli (skrajnie nieudane zamówienie materiału genetycznego zostało utajnione, chociaż groziło katastrofą demograficzną o skali przypominającej ewentualny athosański koniec świata) i szowinizm (kobiety nie mają prawa wstępu na planetę) w absurdalny sposób kolidujący z hipokryzją (jednocześnie ich jajniki są importowane z reszty wszechświata, aby planeta w ogóle mogła istnieć). Tym samym można mieć podejrzenie, że nieco utopijny obraz Athosa jako urokliwej, choć zaściankowej planety na samym końcu wszechświata jest mocno spaczony i aż szkoda, że Bujold nie poświęciła mu więcej uwagi, bo sam bym z przyjemnością przyjrzał się z bliska Athosowi z jego przesądami i obyczajami, zamiast czytać średnio interesującą intrygę szpiegowską doprawioną jedynie genderowymi żartami, trochę w stylu Pół żartem, pół serio, które może były dobre w 1959 roku, ale teraz raczej nie udźwigną satysfakcjonującej fabuły opowieści s-f z ambicjami do krytyki społecznej.

 

niedziela, 29 kwietnia 2012, cedroo

Polecane wpisy

Wyzwanie Steampunk:

Wyzwanie Queer: