Blog > Komentarze do wpisu
Joe Haldeman – Wieczna wojna - recenzja 4

Raczej kilka nieskładnych uwag, niż jakaś próba spójnej analizy.

 

(spojlery!)

 

1. Wieczna Wojna została napisana pół wieku temu i czas nie był dla niej łaskawy. Powieść najzwyczajniej w świecie wydaje się przestarzała i trochę ciężko traktować ją inaczej, niż jako takie zabytkowe s-f. Zwłaszcza w kontekście pewnych nietrafionych ocen tego, jak będzie wyglądała Ziemia na początku XXI wieku (co możemy zweryfikować). To nie tak, że całość nie jest pozbawiona pewnego uroku, ale jednak nie takiego, jakiego się oczekuje po wizjonerskiej, ponadczasowej s-f.

 

2. Oczywiście jednak Wieczna wojna to przede wszystkim military s-f i tutaj trudno mi coś napisać, bo nie mam ani doświadczenia w czytaniu tego typu prozy, ani też chyba nie jest to ten gatunek, który mógłby mi się spodobać. Natomiast wydaje mi się, że całe te opisy zarządzania wojskiem i opisy poszczególnych akcji miały w sobie pewną dozę rozmachu i autentycznie trzymały w napięciu, co sprawia, że ten element Wiecznej... jest najlepszy. Nawet jeżeli pewne rozwiązania wydadzą się mało prawdopodobne (piechota jako najskuteczniejsza forma walki, czy brak wykorzystania robotów).

 

3. Wieczna Wojna to przede wszystkim manifest polityczny autora, który w ten sposób chciał skrytykować amerykańską wojnę w Wietnamie. Stąd zapewne traktowanie bohaterów jako zwykłego mięsa armatniego. Są zdegradowani niemal do pozycji nazwisk na liście ocalałych, zabitych, awansowanych, postawionych przed sądem wojennym. To daje mocny efekt i, co ciekawe, sprzyja utożsamianiu się z takimi everymanami, trybikami w maszynie, jednocześnie potęgując napięcie i grozę. W ogóle Wieczna wojna najlepsza jest w tych momentach, kiedy zamienia się w ostrą krytykę ideologii wojny oraz pokazuje jej absurdy. Swój pacyfizm Haldema pokazuje głównie poprzez wyolbrzymienia okrucieństwa wojny. I tak antywojenne przemyślenia Mandelli pojawiają się zupełnie na marginesie, a on sam nie buntuje się wewnętrznie nawet w momencie, gdy życie jego dziewczyny jest zagrożone z powodu pretekstowego wojennego sądu (chodziło o to, aby znaleźć kozła ofiarnego po nieudanej akcji).

 

4. Bardzo słabo wypada u Haldema tworzenie bohaterów. Zacznijmy może od tego, że w powieści w miarę autonomicznie istnieje jedynie dwójka bohaterów Marygay Potter i William Mandella. Reszta postaci to jedynie tło i jeżeli uznać, że ma to podkreślać antywojenną wymowę powieści, to ma to swoje sensowne zastosowanie. Inaczej ma się jednak sprawa z dwójką głównych bohaterów (przy czym Potter to właściwie taki dodatek, niezbędny do zaistnienia wątku romansowego, niż rzeczywiście autonomiczna postać). Są słabo spsychologizowani, wręcz marionetkowi, a cały wątek miłosny, zakończony trudnym do zaakceptowania i bzdurnym happy endem, w najmniejszym stopniu nie pasuje do reszty powieści.

 

5. Powrót na ziemię. Łączy się z wątkiem miłosnym. Po około 50 latach walki w kosmosie ci którzy przeżyli wracają na Ziemię. Szybko okazuje się, że kulturowo i gospodarczo Ziemia uległa daleko idącym zmianom i Mandella i Potter mają problem z adaptacją do nowych warunków. W związku z tym decydują się na stały związek, a następnie powtórne wyruszenie na wojnę. Podczas czytania całego tego fragmentu jedna rzecz mi nie dawał spokoju. To oczywiście wszystko spekulacje, ale zastanawiałem się, jak to jest, że dla głównego bohatera największym problemem jest fakt, że jego 60-letnia matka ma romans z kobietą, a kompletnie nie widać u niego żadnej powojennej traumy??? Ten brak traumy zaskoczył mnie już w momencie, kiedy Mandella usilnie dążył do odnowienia swojego kontaktu z Potter. Pomyślałem sobie, że prawdopodobnie w rzeczywistości unikałby wszystkiego, co by mu przypominało życie w armii i cały wojenny koszmar. Tymczasem Mandella jest niczym czysta kartka. Tego wątku w powieści zwyczajnie nie ma. Bohaterowie nie przeżywają żadnych traum w związku ze swoimi doświadczeniami, a przecież Haldema nie pozbawił ich emocji i krytycznego myślenia, co było wyraźnie zaznaczone we wcześniejszych refleksjach Mandelli o bezsensowności wojny.

 

6. Koncepcje Haldema dotyczące przyszłości ludzkości i Ziemi to zbiór kompletnie nietrafionych przewidywań. W ogóle bawi mnie traktowanie pisarzy s-f jako potencjalnych wizjonerów przyszłości. W większości ich „wizji” chodzi tylko o w miarę wiarygodne i interesujące tło, które ma uprawomocnić fakt, że akcja dzieje się w przyszłości. A jeżeli jakieś przewidywania okażą się prorocze, to jest to raczej wypadek przy pracy, niż dowód na ich niezwykle zdolności przewidywania. Na ileś tam teorii przyszłości kilka z nich musi okazać się w miarę bliska prawdzie. Kwestia prawdopodobieństwa.

 

Cała koncepcja tego, że w przyszłości Ziemię czekają konflikty związane z niedoborem żywności, jak na razie jest totalną bzdurą. Ziemia nie ma problemu z niedoborem żywności, ale ze sposobem jej dzielenia, przez co z jednej strony mamy syty Zachód i głodującą Afrykę. Afryka jednak głoduje z powodu wojen stricte politycznych, a nie z powodu problemów z produkcją żywności. W tym kontekście wszelkie te zamienianie parków w farmy itp. rzeczy można raczej zbyć śmiechem. W ogóle kiepskim pomysłem jest fakt, że ludzkość byłoby stać intelektualnie, technicznie i ekonomicznie na wielką wojnę z Obcymi, a nie stać by było na rozwiązanie problemu głodu na ziemi. Ten wątek z brakiem żywności i przeludnieniem to tylko czyste wmontowanie fobii społecznych 2. połowy XX wieku, a nie jakieś wizjonerskie koncepty.

 

Druga znacznie mniej istotna sprawa, raczej ciekawostka. Przy końcu powieści Mandella, wracając z wojny, zmienia statek kosmiczny w nadziei, że na tamtym będą inne książki, bo te ze swojego już przeczytał. Czytając ten fragment pomyślałem sobie, że to zabawne, że nikomu (chyba) z fantastów nie przyszło do głowy wynalezienie takiego czytnika e-booków. A przecież pomysł zabierania ze sobą tradycyjnych bibliotek na rubieże kosmosu wydaje się dosyć karkołomny.

 

7. Homoseksualizm. Cała ta koncepcja homo w przyszłości ma więcej wspólnego z szokowaniem niż queerowaniem. Haldema nie wyszedł ponad banalny stereotyp - zrównanie homoseksualizmu z bezpłodnością. Doprowadziło to do stwierdzenia, że powszechna akceptacja homoseksualizmu była możliwość z powodu patologicznego przeludnienia Ziemi. Rządowi technokraci potraktowali go jako sposób na przeludnienie. Być może w latach 70' można było wierzyć w tego typu bzdury, ale dzisiaj wiemy, że ważnym elementem emancypacyjnym dla gejów i lesbijek jest ich potrzeba posiadania i wychowania dzieci oraz byciem integralną częścią społeczności heteroseksualnej. W skrócie gejom i lesbijkom nie chodzi o tworzenie getta, czy też, co sugeruje Haldema, zastąpienie heteronormatywności homonormatywnością, a więc raczej mało prawdopodobne, aby homoseksualizm udało się wykorzystać do kontroli przyrostu narodzin. Abstrahując już od małego prawdopodobieństwa i małej opłacalności takiego pomysłu. Haldema utożsamia tutaj homoseksualność z jakimiś autorytarnymi agendami rządowymi, które mogą sterować społeczeństwem zgodnie z własnym widzimisię. Jego stosunek do orientacji homoseksualnej jest bardzo staroświecki i oparty na mitach. Choćby takim, że orientacją seksualną człowieka można swobodnie manipulować.

 

8. Ideologia. Tym samym dochodzimy do największego problemu jaki mam z Wieczną wojną. To znaczy, jeżeli jestem w stanie zaakceptować ją jako udane military s-f i jako w miarę zgrabne, choć niepozbawione wad, czytadło, to nie umiem zaakceptować tej książki na poziomie ideologicznym. Bowiem powieść mimo wielu tropów, że jest inaczej, jednak jest okropnie ksenofobiczna. I nie chodzi mi tylko konkretnie o homofobię. Chociaż tutaj Haldema poczyna sobie podobnie, jak Burgess w swoim Rozpustnym nasieniu Obydwaj panowie utożsamiają homoseksualność ze zmierzchem cywilizacji człowieka, rozpasanym hedonizmem i systemowym nieposiadaniem dzieci, żeby emancypacyjne zdobycze homoseksualistów nie były przypadkiem dowartościowane Haldema kończy swoją książkę stwierdzeniem, że wszyscy homoseksualni bohaterowie mogą spokojnie zmienić swoją orientację na hetero i zamieszkać na heteroseksualnych, tradycyjnych planetach (bo przecież zwyczajne współbytowanie jest niemożliwe, wszyscy muszą być tacy sami). Ewentualnie mogą zamieszkać na planetach sklonowanego Człowieka, któremu orientacja jest obojętna. Nieco upiorna wizja Klonu-Człowieka nie pozostawia wątpliwości, który wybór jest wyborem właściwym i jednocześnie sprowadza homoseksualizm do nieudanych eksperymentów społecznych. Oczywiście główny homoseksualny, pozytywny bohater decyduje się na przemianowanie na hetero przy gorącej aprobacie Mandelli („Zobaczysz, spodoba ci się”). Ostatecznie powieść kończy się informacją o narodzinach dziecka Mandelli i Potter na jednej z tych tradycyjnych planet, które Człowiek-Klon zostawił sobie na wszelki wypadek, gdyby eksperyment z klonowaniem nie wyszedł, a słuszny kierunek rozwoju cywilizacji człowieka zostaje niejako wskazany w epilogu z informacją o narodzinach dziecka tradycyjną metodą.

 

9. Napisałem wyżej, że ksenofobia Haldema to nie tylko homofobia i tak jest rzeczywiście. Doskonale widać to na przykładzie stosunku do Taurończyków. Niby odczuwa się do nich pewną element sympatii i widzi podobieństwa (Oni też zostali zmuszeni do wzięcia udziału w bezsensownej wojnie), ale z drugiej strony przedstawiani są w taki sposób, że raczej wzbudzają lęk i obrzydzenie, niż solidarność. Haldema nie poświęcił Taurończykom ani jednego akapitu (!), ani przez moment (nawet w finale) nie pojawiają się w powieści jako nie-wrogowie. Do samego końca jawią się jako obcy, niepoczytalni i potencjalnie niebezpieczni. Jeżeli weźmiemy pod uwagę postrzeganie książki Haldema jako wolnościowy, antymilitarystyczny manifest, to wydaje się to trochę dziwne, że w swojej własnej książce Haldema nie znalazł miejsca na wartości, w obronie których (teoretycznie) staje jego powieść.

 

10. Sama geneza wojny jest również kompletnie umowna. W końcowych fragmentach powieści Mandella dowiaduje się od Człowieka-Klona, że do wojny doszło przez przypadek. Pierwszy atak nastąpił w wyniku nieporozumienia, a wojna trwała tak długo, bo zuniformizowani Taurończycy nie umieli zrozumieć zindywidualizowanych ludzi. Dopiero, gdy ci zatracili swoją indywidualność i wyewoluowali do poziomu Taurończyków, kontakt był możliwy. Naprawdę nie wiem, czy jakikolwiek czytelnik jest w stanie w nią uwierzyć, inaczej niż na zasadzie głębokiego zawieszenia niewiary. Wynika z tego, że Taurończycy o kilka wieków przewyższali cywilizację człowieka, chociaż w całej powieści nie było ani jednego sygnału, że tak jest.


11. Podsumowując. Tak jak napisałem wyżej, największy problem mam z warstwą ideologiczną tej powieści. Jako ważna, zaangażowana politycznie s-f, Wieczna wojna sprawdza się średnio. Jako popkulturowe czytadło również nie spełnia wszystkich pokładanych w niej nadziei. Przydługie opisy, brak spójnych wątków i słabo napisani bohaterowie. Ostatecznie najlepiej sprawdza się jako trzymające w napięciu military s-f i nic ponadto.

piątek, 25 maja 2012, cedroo

Polecane wpisy

Komentarze
2012/05/25 12:02:13
Zgadzam się właściwie tylko z punktem 6, tym o wizjonerstwie pisarzy SF. (Poza tym, co ty zrobiłeś nazwisku tego biednego pisarza?) Co do reszty twoich argumentów, hmm, hive mind, czy to Taurończyków, czy ludzi, czy np. Robali z sagi o Enderze jest dosyć tradycyjną opozycją wobec zachodniego, kapitalistycznego indywidualizmu, jest taką metaforą komunizmu, jeszcze z czasów zimnej wojny. czy udana, to już całkiem inna kwestia.

Natomiast ktoś ostatnio mi zwrócił uwagę na to, że zbyt ostro oceniłam le Carre'a z perspektywy czasu, zresztą słusznie, ale podobnie może być z twoją ostrą oceną Haldemana. To były inne czasy, ludzie bali się przeludnienia (słynne "Przestrzeni, przestrzeni!" Heinleina) i w książkach eksplorowano różne rozwiązania tego problemu; podobnie zresztą bomba atomowa w latach 80-tych ubiegłego wieku wydała plon w postaci "Mad Maxa" i innych fabułek post-apo.
-
charlie.librarian
2012/05/25 14:06:45
Haldemana :) przeczytałem już dość dawno temu. I bardzo podobał mi się jako military s-f. Szczerze mówiąc nie skupiałem się za bardzo na warstwie ideologicznej. Mnie fascynowała możliwość długowieczności, choć mocno okrojonej, uzyskiwanej poprzez podróże międzygwiezdne. Dlaczego piszę okrojonej - bo poprzez podróże między światami nie możesz brać udziału w zmianach jakie zachodzą w społeczeństwie i cywilizacji. Motyw bardzo często wykorzystywany w całej fantastyce.

-->Rusty

Można zauważyć, że co dekada to jakaś nowa moda na koniec świata, albo przyszłość ludzkości. Dziś jeśli chodzi o nasze lęki to na topie są tematy takie jak pandemia, żywe trupy i reforma emerytalna:)

Nigdy mi do głowy nie przyszło, że wszelkie opisy obcych ras jako Roju, Ula, Mrowiska mogą być metaforą komunizmu. Dobre:)

Jeśli dobrze pamiętam Robale nie robiły krzywdy ludziom "naumyślnie" to był ich sposób manifestowania swej obecności czy coś.

I pewnie tak było w przypadku Taurończyków na początku przynajmniej.

"Przestrzeni, przestrzeni" to Harry Harrison:)

--> Cedroo tak jak napisała Rusty niekoniecznie chodziło o rozwój technologiczny, ale o konstrukcję społeczeństwa. Dla Roju pojedynczy osobnik nic nie znaczy, a komunikacja często jest niemożliwa z jednym z wielu, bo on nie ma swego jestestwa:)
-
2012/05/25 16:26:17
Oczywiście, że Harrison, mea cup la, to wszystko przez hihnta i jego analizę Heinleinowych powrotów do domu.

A propos końców świata, pandemie i reformy emerytalne jak najbardziej (ja wiem, że to miał być częściowo żart, ale np. o tym są "Ludzkie dzieci" P.D. James), ale zombie są zdecydowanie starszym toposem. Po prostu teraz robią karierę niesamowitą.

Robale natomiast przyleciały kolonizować, jak najbardziej, czyli robić krzywdę, ale nie zdawały sobie sprawy z tego, co napisałeś sam w ostatnim paragrafie - że u nas liczy się
każda jednostka, a u nich tylko królowa.

BTW, obcość na nowy poziom wyniósł Peter Watts w "Ślepowidzeniu", który opierając się na teorii, że rozmnażanie płciowe jest do dupy, podobnież świadomość, i stworzył naprawdę OBCYCH obcych.
-
charlie.librarian
2012/05/26 09:23:56
O "Ślepowidzeniu" słyszałem ale nie czytałem, widzę, że chyba warto.

"Grę Endera" czytałem tak dawno:), że aż strach...

Swoją drogą wizja ludzkości jako masy, jako pozbawionych cech indywidualnych osobników to mocna strona każdej antyutopii. Standaryzacja, podobieństwo, brak cech wyróżniających z tłumu. Tego się boimy i przeciwko temu powstało tak wiele książek, a jednak mimowolnie dążymy do takiego modelu społeczeństwa. "Telewizor, meble, mały fiat..." może brzmi śmiesznie w takim kontekście, ale to jeden z etapów:)


O tym można gadać i gadać...
-
misiael1
2012/05/26 23:01:08
@Rusty

"Robale natomiast przyleciały kolonizować, jak najbardziej, czyli robić krzywdę, ale nie zdawały sobie sprawy z tego, co napisałeś sam w ostatnim paragrafie - że u nas liczy się
każda jednostka, a u nich tylko królowa."

Tyle, że Card w końcówce Gry Endera delikatnie zasugerował, że z tym totalnym brakiem indywidualizmu u robotnic nie jest do końca tak, jak może się wydawać.

@charlie

"Dziś jeśli chodzi o nasze lęki to na topie są tematy takie jak pandemia, żywe trupy i reforma emerytalna:)"

A tak troszkę poważniej - dziś na topie są bezduszne korporacje, ACTA i uliczne zamieszki. Zresztą, mam o tym notkę.
-
cedroo
2012/05/27 11:46:51
Rusty -> mi też w trakcie czytania przyszła do głowy Zimna wojna, ale potem w trakcie pisania zupełnie o tym zapomniałem. Masz rację, że dla pełniejszego obrazu warto było o tym wspomnieć.

Co do zmieniającego się kontekstu politycznego, to ja napisałem, że ta powieść jest po prostu przestarzała i tyle, więc rozumiem, ze miała inną wartość w "swoich" czasach i w naszych. Przecież można wymagać od nas, abyśmy czytali książki tak, jak czytano je dawniej. To naturalne, że mamy inną perspektywę i ona jest podstawą naszych interpretacji. Zresztą ja myślę, że to się da zupełnie spokojnie obronić. Takie ahistoryczne czytanie też ma swój sens. Przecież nie każdy czytelnik dawnych książek ma od razu taką widzę historyczną, że jest w stanie osadzić powieść w pierwotnym kontekstem. Więc ignorowanie go (do pewnego stopnia oczywiście) też ma wartość poznawczą. Oczywiście idealnie jest widzieć jedno i drugie.

Mi powieść bardzo się spodobała jako military s-f i na tym koniec. Plus jeszcze może to co napisał Charlie o samej idei takiej "długowieczności" i opowiadania historii ludzkości.

Co do nazwiska, to faktycznie śmiesznie. Ja nie wiem czemu, ale w trakcie pisania tak się zafiksowałem na tym, że on nazywa się Haldema, że nawet poprawne wpisanie jego nazwiska w tytule notki mnie nie oświeciło, że zrobiłem błąd. :-) Poprawię.
-
2012/05/27 22:02:15
Chyba ci główny bohater książki wpłynął na odmianę nazwiska autora. :D

Co do czytania historycznego/ahistorycznego, to coś mi się plącze o czytaniu np. "Igrzysk śmierci" bez przykładania do książki imperium rzymskiego, ale jestem zbyt zmęczona, by się nad tym zastanawiać. Może podobnie jest z Haldemanem i oceną jego wizji bez przyłożenia wojny w Wietnamie.
Wyzwanie Steampunk:

Wyzwanie Queer: