Blog > Komentarze do wpisu
Najeźdźcy z kosmosu. O Wiecznej wojnie Joego Haldemana
Tytułowa wieczna wojna Joego Haldemana to konflikt zbrojny między Ziemianami a Taurańczykami. Mordują się odmienne od siebie istoty inteligentne, choć nie jestem pewna, czy można tak nazwać przedstawicieli wyniszczających się ot tak, dla sportu, cywilizacji. Nie wiadomo, co dokładnie jest przyczyną walk. Trudno też zrozumieć, dlaczego delikatne wodno-białkowe ludzkie stworzenia — te ponoć najwartościowsze, precyzyjnie dobierane, w końcu to „najbardziej elitarna armia w historii wojskowości” — wysyła się w skrajnie niesprzyjające warunki, w których gubią kończyny, przyjaciół, szacunek do samych siebie oraz — metaforycznie i niemataforycznie („coś uderzyło ją w kark i jej bezgłowe ciało przekoziołkowało w powietrzu, ciągnąc czerwono-czarną spirale błyskawicznie zamarzniętej krwi, która wdzięcznie opadła na ziemie jako ścieżka kryształowego proszku”) — głowy; skoro jeden niewłaściwy krok i zostaną z nich tylko organiczne szczątki, które nie przydadzą się już nikomu do żadnych pseudobohaterskich zadań.

Wiecznej wojnie sporo może irytować: przede wszystkim grubymi nićmi szyte rozwiązania fabularne. Trudno wytłumaczyć, z jakiego powodu pierwszy etap wojny zajmuje akurat 20 lat życia na Ziemi, a późniejsze ponad tysiąc. Pewnie chodziło o to, że na początku bohaterowie i bohaterki (swoją drogą: mocno papierowi) powinni jeszcze mieć do kogo wracać, a później ta kosmiczna chryja musi się wreszcie skończyć — jest to jednak zabieg dość toporny. Queer queerem, a wyzwanie wyzwaniem — kwestię homoseksualizmu, heteroseksualizmu i aseksualizmu litościwie zmilczę; wchodzenie w tematykę stereotypów lat 70. XX w. uważam za bezcelowe. I na marginesie, zastanawia mnie, czemu autor tak się kurczowo uczepił zera absolutnego („Niemal z reguły na planetach przejść przez cały czas temperatura oscylowała w granicach dwóch stopni od zera absolutnego”; „nieszczęśnicy zamarzli na kość w temperaturze bliskiej zera absolutnego”) — w tej temperaturze musi być przecież dość nudno, skoro nawet atomy się nie poruszają. I gdyby o Wiecznej wojnie można było powiedzieć tylko tyle, pewnie rzuciłabym książką o ścianę bez większych ceregieli. Na szczęście obyło się bez tego.

Powieść składa się z kilku części. Każda z nich poświęcona jest innemu etapowi kariery wojskowej głównego bohatera: Mandela jest szeregowcem, sierżantem, porucznikiem i majorem, sam jednak nie zmienia się przy tym za bardzo. Fakt, władza zazwyczaj demoralizuje, niektórych jednak — tych, których dziwnym trafem zdemoralizować trudno — po prostu męczy. Wojna to absurd, zdaje się twierdzić Haldeman. Pacyfistycznej wymowy powieści nie sposób nie zauważyć. Dla tego właśnie pacyfizmu — i tylko dla niego, niestety; no, może jeszcze dla katastroficznych, a później zmechanizowanych, nieco po witkacowsku, wizji Ziemi przyszłości — warto Wiecznej wojnie poświęcić uwagę. Świetnie napisane antywojenne fragmenty uderzają celnością i silnie oddziałują na wyobraźnię i emocje.

 Haldeman nie sili się na ideologiczne pacyfistyczne elaboraty. Wystarczy parenteza zamieszczona w odpowiednim miejscu: „Maszynie wystarczyło jakieś dziesięć minut, żeby sprawdzić moją wiedzę z dziedziny sztuki (przepraszam za wyrażenie) wojennej” (Mandela o swoich po awansie na majora); spostrzeżenia spod znaku „król jest nagi” — tutaj adeptki szkolenia z ośmiu sposobów bezgłośnego zabijania ludzi, której wnioski były następujące: „Większość tych sposobów wyglądała, no… dość głupio. (…) Weźmy zabijanie kogoś ciosem saperki w nerki. Chcę powiedzieć, że chyba nigdy nie jest tak, żeby ktoś był uzbrojony tylko w saperkę, a nie miał pistoletu czy noża. I czy nie lepiej po prostu walnąć go w łeb?” — i absolutny brak patosu. „Słuchali rozkazu tylko wtedy, jeśli został dokładnie wyjaśniony; odmawiali wykonania, jeśli uznali go za bezsensowny. Oficerowie pili ze zwykłymi żołnierzami, nikomu nie salutowano i nie używano stopni. Przegrali wojnę. Jednak przeciwna strona nie miała tyle frajdy” — Mandela, zastanawiając się nad swoimi działaniami jako dowódcy, przypomina sobie milicję POUM z wojny w Hiszpanii.

Ciekawe, czy Haldeman znał standfordzki eksperyment więzienny Zimbarda. Chyba nie — bo przecież bohaterowie i bohaterki powieści żyjący w opisanych przez niego warunkach, takich jak niewielka grupa, relacja podległości i całkowita izolacja od świata zewnętrznego, najpierw powinni się nawzajem skrajnie upodlić, a potem najpewniej zacząć mordować; inaczej nie są specjalnie przekonujący. Dodatkowo do żołnierzy i żołnierek w mknącej przez kosmiczną pustkę kosmicznej puszce dziwnie nie dociera powaga sytuacji, w jakiej się znajdują. Owszem, boją się utraty przyjaciół, przyjaciółek, kochanków, kochanek, są niespokojni o własne o życie: ale obca im jest zupełnie ludzka potrzeba jakiegoś osobistego celu, a także zakorzenienia, odrobiny stabilności bądź nadziei na stabilność w tym niespokojnym życiu na kosmicznych walizkach z kosmicznym karabinem w dodatku, w oparach bezsensownej wojenki, z której ideami (?) się przecież kompletnie nie identyfikują.

Wojna z Taurańczykami stanowi —  i to, jak sądzę, jest efektem świadomych działań twórczych — jakieś koszmarne horrendum. Służy ona jedynie do tego, by łatwiej manipulować ludźmi pozostałymi na Ziemi, na której bynajmniej nie żyje się lekko: autor szczodrze obdziela błękitną planetę niedogodnościami typu przeludnienie i niedobór żywności. To już nie obrona przed groźnymi przybyszami z kosmosu, co wszak nie dziwiłoby wcale, zbyt często w ostatnich dziesięcioleciach tak właśnie manifestował się lęk przed różnymi innymi obcymi. Haldeman stawia ten porządek na głowie. Mandela już na samym początku swego żołnierskiego żywota zauważa przecież: „I tak po kolejnym miesiącu wytężonego aerobiku i musztry przy stałym przeciążeniu 2 g po raz pierwszy ujrzeliśmy planetę, którą mieliśmy zaatakować. Najeźdźcy z kosmosu to my”.

I o co w tym wszystkim chodziło? Żeby chociaż o pieniądze! Musi minąć przeszło tysiąc lat, by główny bohater mógł w końcu usłyszeć: „Ta 1143-letnia wojna wynikła z fałszywych przesłanek i trwała tylko dlatego, że dwie rasy nie mogły się porozumieć. Kiedy zaczęły rozmawiać, pierwszym pytaniem było: »Dlaczego zaczęliście?«, a w odpowiedzi usłyszano: »My?«”.

Niechaj tyle wystarczy za puentę. 

niedziela, 17 czerwca 2012, ursz_u_la

Polecane wpisy

Wyzwanie Steampunk:

Wyzwanie Queer: