Kategorie: Wszystkie | Dyskusje | Recenzje | Varia
RSS
niedziela, 17 czerwca 2012
Najeźdźcy z kosmosu. O Wiecznej wojnie Joego Haldemana
Tytułowa wieczna wojna Joego Haldemana to konflikt zbrojny między Ziemianami a Taurańczykami. Mordują się odmienne od siebie istoty inteligentne, choć nie jestem pewna, czy można tak nazwać przedstawicieli wyniszczających się ot tak, dla sportu, cywilizacji. Nie wiadomo, co dokładnie jest przyczyną walk. Trudno też zrozumieć, dlaczego delikatne wodno-białkowe ludzkie stworzenia — te ponoć najwartościowsze, precyzyjnie dobierane, w końcu to „najbardziej elitarna armia w historii wojskowości” — wysyła się w skrajnie niesprzyjające warunki, w których gubią kończyny, przyjaciół, szacunek do samych siebie oraz — metaforycznie i niemataforycznie („coś uderzyło ją w kark i jej bezgłowe ciało przekoziołkowało w powietrzu, ciągnąc czerwono-czarną spirale błyskawicznie zamarzniętej krwi, która wdzięcznie opadła na ziemie jako ścieżka kryształowego proszku”) — głowy; skoro jeden niewłaściwy krok i zostaną z nich tylko organiczne szczątki, które nie przydadzą się już nikomu do żadnych pseudobohaterskich zadań.
piątek, 25 maja 2012
Joe Haldeman – Wieczna wojna - recenzja 4

Raczej kilka nieskładnych uwag, niż jakaś próba spójnej analizy.

 

(spojlery!)

 

1. Wieczna Wojna została napisana pół wieku temu i czas nie był dla niej łaskawy. Powieść najzwyczajniej w świecie wydaje się przestarzała i trochę ciężko traktować ją inaczej, niż jako takie zabytkowe s-f. Zwłaszcza w kontekście pewnych nietrafionych ocen tego, jak będzie wyglądała Ziemia na początku XXI wieku (co możemy zweryfikować). To nie tak, że całość nie jest pozbawiona pewnego uroku, ale jednak nie takiego, jakiego się oczekuje po wizjonerskiej, ponadczasowej s-f.

 

2. Oczywiście jednak Wieczna wojna to przede wszystkim military s-f i tutaj trudno mi coś napisać, bo nie mam ani doświadczenia w czytaniu tego typu prozy, ani też chyba nie jest to ten gatunek, który mógłby mi się spodobać. Natomiast wydaje mi się, że całe te opisy zarządzania wojskiem i opisy poszczególnych akcji miały w sobie pewną dozę rozmachu i autentycznie trzymały w napięciu, co sprawia, że ten element Wiecznej... jest najlepszy. Nawet jeżeli pewne rozwiązania wydadzą się mało prawdopodobne (piechota jako najskuteczniejsza forma walki, czy brak wykorzystania robotów).

 

3. Wieczna Wojna to przede wszystkim manifest polityczny autora, który w ten sposób chciał skrytykować amerykańską wojnę w Wietnamie. Stąd zapewne traktowanie bohaterów jako zwykłego mięsa armatniego. Są zdegradowani niemal do pozycji nazwisk na liście ocalałych, zabitych, awansowanych, postawionych przed sądem wojennym. To daje mocny efekt i, co ciekawe, sprzyja utożsamianiu się z takimi everymanami, trybikami w maszynie, jednocześnie potęgując napięcie i grozę. W ogóle Wieczna wojna najlepsza jest w tych momentach, kiedy zamienia się w ostrą krytykę ideologii wojny oraz pokazuje jej absurdy. Swój pacyfizm Haldema pokazuje głównie poprzez wyolbrzymienia okrucieństwa wojny. I tak antywojenne przemyślenia Mandelli pojawiają się zupełnie na marginesie, a on sam nie buntuje się wewnętrznie nawet w momencie, gdy życie jego dziewczyny jest zagrożone z powodu pretekstowego wojennego sądu (chodziło o to, aby znaleźć kozła ofiarnego po nieudanej akcji).

 

4. Bardzo słabo wypada u Haldema tworzenie bohaterów. Zacznijmy może od tego, że w powieści w miarę autonomicznie istnieje jedynie dwójka bohaterów Marygay Potter i William Mandella. Reszta postaci to jedynie tło i jeżeli uznać, że ma to podkreślać antywojenną wymowę powieści, to ma to swoje sensowne zastosowanie. Inaczej ma się jednak sprawa z dwójką głównych bohaterów (przy czym Potter to właściwie taki dodatek, niezbędny do zaistnienia wątku romansowego, niż rzeczywiście autonomiczna postać). Są słabo spsychologizowani, wręcz marionetkowi, a cały wątek miłosny, zakończony trudnym do zaakceptowania i bzdurnym happy endem, w najmniejszym stopniu nie pasuje do reszty powieści.

 

5. Powrót na ziemię. Łączy się z wątkiem miłosnym. Po około 50 latach walki w kosmosie ci którzy przeżyli wracają na Ziemię. Szybko okazuje się, że kulturowo i gospodarczo Ziemia uległa daleko idącym zmianom i Mandella i Potter mają problem z adaptacją do nowych warunków. W związku z tym decydują się na stały związek, a następnie powtórne wyruszenie na wojnę. Podczas czytania całego tego fragmentu jedna rzecz mi nie dawał spokoju. To oczywiście wszystko spekulacje, ale zastanawiałem się, jak to jest, że dla głównego bohatera największym problemem jest fakt, że jego 60-letnia matka ma romans z kobietą, a kompletnie nie widać u niego żadnej powojennej traumy??? Ten brak traumy zaskoczył mnie już w momencie, kiedy Mandella usilnie dążył do odnowienia swojego kontaktu z Potter. Pomyślałem sobie, że prawdopodobnie w rzeczywistości unikałby wszystkiego, co by mu przypominało życie w armii i cały wojenny koszmar. Tymczasem Mandella jest niczym czysta kartka. Tego wątku w powieści zwyczajnie nie ma. Bohaterowie nie przeżywają żadnych traum w związku ze swoimi doświadczeniami, a przecież Haldema nie pozbawił ich emocji i krytycznego myślenia, co było wyraźnie zaznaczone we wcześniejszych refleksjach Mandelli o bezsensowności wojny.

 

6. Koncepcje Haldema dotyczące przyszłości ludzkości i Ziemi to zbiór kompletnie nietrafionych przewidywań. W ogóle bawi mnie traktowanie pisarzy s-f jako potencjalnych wizjonerów przyszłości. W większości ich „wizji” chodzi tylko o w miarę wiarygodne i interesujące tło, które ma uprawomocnić fakt, że akcja dzieje się w przyszłości. A jeżeli jakieś przewidywania okażą się prorocze, to jest to raczej wypadek przy pracy, niż dowód na ich niezwykle zdolności przewidywania. Na ileś tam teorii przyszłości kilka z nich musi okazać się w miarę bliska prawdzie. Kwestia prawdopodobieństwa.

 

Cała koncepcja tego, że w przyszłości Ziemię czekają konflikty związane z niedoborem żywności, jak na razie jest totalną bzdurą. Ziemia nie ma problemu z niedoborem żywności, ale ze sposobem jej dzielenia, przez co z jednej strony mamy syty Zachód i głodującą Afrykę. Afryka jednak głoduje z powodu wojen stricte politycznych, a nie z powodu problemów z produkcją żywności. W tym kontekście wszelkie te zamienianie parków w farmy itp. rzeczy można raczej zbyć śmiechem. W ogóle kiepskim pomysłem jest fakt, że ludzkość byłoby stać intelektualnie, technicznie i ekonomicznie na wielką wojnę z Obcymi, a nie stać by było na rozwiązanie problemu głodu na ziemi. Ten wątek z brakiem żywności i przeludnieniem to tylko czyste wmontowanie fobii społecznych 2. połowy XX wieku, a nie jakieś wizjonerskie koncepty.

 

Druga znacznie mniej istotna sprawa, raczej ciekawostka. Przy końcu powieści Mandella, wracając z wojny, zmienia statek kosmiczny w nadziei, że na tamtym będą inne książki, bo te ze swojego już przeczytał. Czytając ten fragment pomyślałem sobie, że to zabawne, że nikomu (chyba) z fantastów nie przyszło do głowy wynalezienie takiego czytnika e-booków. A przecież pomysł zabierania ze sobą tradycyjnych bibliotek na rubieże kosmosu wydaje się dosyć karkołomny.

 

7. Homoseksualizm. Cała ta koncepcja homo w przyszłości ma więcej wspólnego z szokowaniem niż queerowaniem. Haldema nie wyszedł ponad banalny stereotyp - zrównanie homoseksualizmu z bezpłodnością. Doprowadziło to do stwierdzenia, że powszechna akceptacja homoseksualizmu była możliwość z powodu patologicznego przeludnienia Ziemi. Rządowi technokraci potraktowali go jako sposób na przeludnienie. Być może w latach 70' można było wierzyć w tego typu bzdury, ale dzisiaj wiemy, że ważnym elementem emancypacyjnym dla gejów i lesbijek jest ich potrzeba posiadania i wychowania dzieci oraz byciem integralną częścią społeczności heteroseksualnej. W skrócie gejom i lesbijkom nie chodzi o tworzenie getta, czy też, co sugeruje Haldema, zastąpienie heteronormatywności homonormatywnością, a więc raczej mało prawdopodobne, aby homoseksualizm udało się wykorzystać do kontroli przyrostu narodzin. Abstrahując już od małego prawdopodobieństwa i małej opłacalności takiego pomysłu. Haldema utożsamia tutaj homoseksualność z jakimiś autorytarnymi agendami rządowymi, które mogą sterować społeczeństwem zgodnie z własnym widzimisię. Jego stosunek do orientacji homoseksualnej jest bardzo staroświecki i oparty na mitach. Choćby takim, że orientacją seksualną człowieka można swobodnie manipulować.

 

8. Ideologia. Tym samym dochodzimy do największego problemu jaki mam z Wieczną wojną. To znaczy, jeżeli jestem w stanie zaakceptować ją jako udane military s-f i jako w miarę zgrabne, choć niepozbawione wad, czytadło, to nie umiem zaakceptować tej książki na poziomie ideologicznym. Bowiem powieść mimo wielu tropów, że jest inaczej, jednak jest okropnie ksenofobiczna. I nie chodzi mi tylko konkretnie o homofobię. Chociaż tutaj Haldema poczyna sobie podobnie, jak Burgess w swoim Rozpustnym nasieniu Obydwaj panowie utożsamiają homoseksualność ze zmierzchem cywilizacji człowieka, rozpasanym hedonizmem i systemowym nieposiadaniem dzieci, żeby emancypacyjne zdobycze homoseksualistów nie były przypadkiem dowartościowane Haldema kończy swoją książkę stwierdzeniem, że wszyscy homoseksualni bohaterowie mogą spokojnie zmienić swoją orientację na hetero i zamieszkać na heteroseksualnych, tradycyjnych planetach (bo przecież zwyczajne współbytowanie jest niemożliwe, wszyscy muszą być tacy sami). Ewentualnie mogą zamieszkać na planetach sklonowanego Człowieka, któremu orientacja jest obojętna. Nieco upiorna wizja Klonu-Człowieka nie pozostawia wątpliwości, który wybór jest wyborem właściwym i jednocześnie sprowadza homoseksualizm do nieudanych eksperymentów społecznych. Oczywiście główny homoseksualny, pozytywny bohater decyduje się na przemianowanie na hetero przy gorącej aprobacie Mandelli („Zobaczysz, spodoba ci się”). Ostatecznie powieść kończy się informacją o narodzinach dziecka Mandelli i Potter na jednej z tych tradycyjnych planet, które Człowiek-Klon zostawił sobie na wszelki wypadek, gdyby eksperyment z klonowaniem nie wyszedł, a słuszny kierunek rozwoju cywilizacji człowieka zostaje niejako wskazany w epilogu z informacją o narodzinach dziecka tradycyjną metodą.

 

9. Napisałem wyżej, że ksenofobia Haldema to nie tylko homofobia i tak jest rzeczywiście. Doskonale widać to na przykładzie stosunku do Taurończyków. Niby odczuwa się do nich pewną element sympatii i widzi podobieństwa (Oni też zostali zmuszeni do wzięcia udziału w bezsensownej wojnie), ale z drugiej strony przedstawiani są w taki sposób, że raczej wzbudzają lęk i obrzydzenie, niż solidarność. Haldema nie poświęcił Taurończykom ani jednego akapitu (!), ani przez moment (nawet w finale) nie pojawiają się w powieści jako nie-wrogowie. Do samego końca jawią się jako obcy, niepoczytalni i potencjalnie niebezpieczni. Jeżeli weźmiemy pod uwagę postrzeganie książki Haldema jako wolnościowy, antymilitarystyczny manifest, to wydaje się to trochę dziwne, że w swojej własnej książce Haldema nie znalazł miejsca na wartości, w obronie których (teoretycznie) staje jego powieść.

 

10. Sama geneza wojny jest również kompletnie umowna. W końcowych fragmentach powieści Mandella dowiaduje się od Człowieka-Klona, że do wojny doszło przez przypadek. Pierwszy atak nastąpił w wyniku nieporozumienia, a wojna trwała tak długo, bo zuniformizowani Taurończycy nie umieli zrozumieć zindywidualizowanych ludzi. Dopiero, gdy ci zatracili swoją indywidualność i wyewoluowali do poziomu Taurończyków, kontakt był możliwy. Naprawdę nie wiem, czy jakikolwiek czytelnik jest w stanie w nią uwierzyć, inaczej niż na zasadzie głębokiego zawieszenia niewiary. Wynika z tego, że Taurończycy o kilka wieków przewyższali cywilizację człowieka, chociaż w całej powieści nie było ani jednego sygnału, że tak jest.


11. Podsumowując. Tak jak napisałem wyżej, największy problem mam z warstwą ideologiczną tej powieści. Jako ważna, zaangażowana politycznie s-f, Wieczna wojna sprawdza się średnio. Jako popkulturowe czytadło również nie spełnia wszystkich pokładanych w niej nadziei. Przydługie opisy, brak spójnych wątków i słabo napisani bohaterowie. Ostatecznie najlepiej sprawdza się jako trzymające w napięciu military s-f i nic ponadto.

czwartek, 24 maja 2012
W trójcy jedyni. O Równych bogom Isaaca Asimova
Powieść Równi bogom Isaaca Asimova została skomponowana jako literacki tryptyk. Akcja pierwszej części rozgrywa się na Ziemi, drugiej — na pozostającym w kontakcie z naszym wszechświatem świecie równoległym, trzeciej — na Księżycu. Warunki życia Lunarian i relacje między nimi zostały przedstawione dość szczegółowo, warto kiedyś przyjrzeć się temu światu bliżej także w kontekście innych literackich prezentacji księżycowych (albo postkatastroficznych: te sieci podziemnych korytarzy są naprawdę interesujące) realiów. Jednak tutaj chciałabym skupić się — i to bardziej pod kątem rozmaitych genderyzmów niż queeryzmów — jedynie na paraświecie i zamieszkujących go istotach. Istotach, które wprawdzie ciekawią, ale których rozterki trudno traktować całkiem serio.
wtorek, 15 maja 2012
Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności" - seks rządzi wszystkim...

Kolejna książka osadzona w świecie Hain. A tak zupełnie różna od poprzednich. „Lewa ręka…” to już nie baśniowe fanasy z elementami science-fiction, to nie wędrówka po postapokaliptycznej Ziemi podbitej przez Shinga. To książka znacznie bardziej dojrzała, mądrzejsza i poruszająca zupełnie inną tematykę, to niemalże esej socjologiczny i etnograficzny.


„Lewa ręka…” to laureatka nagród Nebula i Hugo, (podobnie jak ”Równi bogom”), ale gdybym miał porównywać te dwie książki to zdecydowanie i to w przedbiegach zwyciężyłaby „Lewa ręka…” Na potrzeby tej recenzji założę, że większość, która trafiła na mojego bloga i na Fantastykon „Lewą rękę…” przeczytała. Ale zrobię również małe wprowadzenie. Gethen to świat, na którym istnieje cywilizacja istot humanoidalnych, w której nie ma podziału na płcie. Przez większą część pozostają bezpłciowi i tylko przez kilka dni w miesiącu są aktywni płciowo. Z czego mogą być albo kobietą albo mężczyzną. I na ten świat przybywa wysłannik Ekumeny czyli Ligi Światów by im zaoferować współpracę. Jego oczyma i nie tylko jego poznajemy to zadziwiające społeczeństwo.


Co napędza cywilizację, rodzi postęp technologiczny i sprawia, że ludzie wciąż pragną czegoś więcej. Chcą robić rzeczy szybciej, lepiej, z większym rozmachem? Co jest tą siłą napędową ludzkości? Odpowiedzi na to pytanie będzie tak wiele, jak wiele jest dziedzin nauki i ludzi. Sprawa jest bardzo skomplikowana i nie do opisania w jednym wpisie. Jako, że naukowcem nie jestem będę mógł sobie pozwolić na ogromne uproszczenia w moim tekście. Co sprawiło i sprawia, że ludzie wymyślają coraz to nowe wynalazki i rozwiązania technologiczne. Nie poprzestają na jednych osiągnięciach i chcą mieć więcej i więcej. Zarówno jako pojedynczy osobnicy jak i jako cały gatunek. Uwaga! Będzie pierwsze uproszczenie: popęd płciowy. Libido jako forma energii psychicznej, która pcha nas do przodu, zmusza do popełniania różnych czynów a wszystko to w celu zdobycia partnera seksualnego! Cały czas obecna, praktycznie nie uśpiona. Dwadzieścia cztery godziny na dobę zarówno kobiety jak i mężczyźni myślą o seksie (uproszczenie numer 2). I dla tego seksu, dla tej obietnicy seksu potrafią wszczynać wojny, zabijać, kraść, wreszcie czynić dobro.


Uproszczenie numer 3. Wojna. Na Gethen nie ma wojen. Są zabójstwa, bójki, rodowe waśnie, ale nie ma wojen w naszym ziemskim rozumieniu tego słowa. Jest nienawiść, jest miłość, ale dotyka ona ludzi w sposób osobisty, nie ma nienawiści do jakiegoś narodu, państwa, idei. Takie uogólnienia są Getheńczykom obce. Jeśli występuje tam patriotyzm to w jak najbardziej pierwotnej, lokalnej formie. Patriotyzm rozumiany poprzez miłość do domu rodzinnego, okolic w których się dorastało, a nie do kraju, którego granice nakreślone są na mapie. Książka Le Guin została wydana w czasie, gdy na naszej własnej planecie dwa mocarstwa w każdej chwili mogły doprowadzić do wojny totalnej, do anihilacji ludzkiej rasy. I nie wiem dlaczego piszę w czasie przeszłym. Dwa mocarstwa i nie tylko owe dwa, wciąż mogą doprowadzić do wspomnianej już przez mnie anihilacji. Dlatego opisanie świata, w którym choć są różne organizmy państwowe, a nie ma wojen wywołało swego czasu taką sensację.


Getheńczycy są najprawdopodobniej wynikiem eksperymentów genetycznych prowadzonych przez starożytnych mieszkańców planety Hain. Nikt nie wie w jakim celu stworzono Getheńczyków, o ile ich stworzono. Genly Ai myśli, że może chodziło o wykreowanie społeczeństwa pozbawionego wojen. Ale czy rzeczywiście jedyną przyczyną braku wojen na Gethen jest brak płci? Aby to zrozumieć należy wiedzieć, że Getheńczycy mimo tego, że przez większą część miesiąca są nieaktywni i obojętni seksualnie oraz nie istnieje wśród nich podział na płeć, to przez kilka dni podczas kemmeru to jest fazy podobnej do rui u zwierząt, nadrzędnym celem, absolutnie zwyciężającym wszystkie inne jest znalezienie partnera. Dlatego na Gethen są specjalne domy, w których można spędzić kilka dni kemmeru, by oddać się  miłości. Rozwiązłość seksualna jest tam w pełni akceptowana, ale tylko podczas kemmeru i zresztą występuje ona tylko podczas tej fazy. Dlatego moim zdaniem ciężko jest prowadzić wojnę z armią, w której nagle część twoich żołnierzy zamiast walczyć z przeciwnikami rzuci się na nich w miłosnym szale i zamiast orgii krwi będzie orgia miłości i to za obopólną zgodą. Gdyż na Gethen nie ma gwałtów, są one fizycznie i biologicznie niemożliwe. Ten stan kemmeru to jedna z bardzo ważnych, prozaicznych przyczyn z powodu których nie ma wojen na Gethen.


Wysłannik Ekumeny Genly Ai przebywał również w obozach pracy, założonych przez państwo Orgoryen. Tam poddawany był działaniu środków farmakologicznych i hormonalnych tak jak inni skazani. Środki owe blokowały fazę kemmeru wśród rodowitych mieszkańców Gethen. I sprawiały, że stawali się gnuśni i otępiali. „Byli wyprani z seksu jak wałachy. Byli pozbawieni wstydu i pożądania jak anioły. Ale to nie jest ludzkie, żeby nie znać wstydu i pożądania”. Czyli wracamy do popędu płciowego, który na Gethen jest ściśle związany z cyklem biologicznym. Ale nawet taki popęd sprawia, że Getheńczycy są ludźmi. Moje uproszczenie się sprawdza – seks rządzi wszystkim. A na Gethen rządzi wszystkim w jeszcze większym stopniu niż na Ziemi. My ludzie podzieleni na płcie może i ulegamy popędowi, ale możemy go kontrolować. Możemy nie reagować na bodźce seksualne choćby nie wiem jak silne były (ja wiem, że to bardzo trudne jest). Getheńczycy pozbawieni byli tej możliwości.


Genly Ai opisuje cywilizację Getheńczyków jako determinowaną przez okrutne warunki świata Gethen, który nazwany został przez zwiadowców Ekumeny Zimą. Choć Gehteńczycy osiągnęli dość znaczny poziom rozwoju nie było u nich żadnego skoku cywilizacyjnego. Nowoczesne wynalazki sąsiadują obok tradycyjnych urządzeń i nie ma żadnego konfliktu między tym co dawniej, a tym co teraz. Jedną z przyczyn na pewno jest świat, z którym nie wygrasz. Albo się dostosujesz, albo Zima się zmiażdży. Drugą może być z kolei ów kemmer. Skoro cały system społeczny podporządkowany jest temu cyklowi, a system funkcjonuje skutecznie od wieków to po co go zmieniać? Kemmeru nie przeskoczysz, choć i to zaczęło się na Gethen zmieniać wraz z pojawieniem się antykoncepcji i środków hormonalnych. Co do antykoncepcji i rozmnażania– wyobrażacie sobie sytuację w której to jeden osobnik może być zarówno matką jak i ojcem swoich dzieci? Jaka to gama przeżyć psychicznych i tak dalej i tak dalej. Dla mnie sytuacja zupełnie abstrakcyjna i nie do wyobrażenia.

Można jeszcze napisać o braku społecznych oczekiwań wobec osobników ze względu na płeć. Na Gethen nie oceniają Cię przez pryzmat tego kim masz być, ale patrzą na takiego jakim jesteś. Nie ma żadnych oczekiwań co do roli społecznej, jaką masz spełniać, bo możesz być zarówno matką  jak i ojcem!


„Lewa ręka…” to książka którą można interpretować na mnóstwo sposobów. Daje mnóstwo wrażeń, oprócz tych czysto literackich jak pięknie opisany świat planety Gethen po te głębsze, metafizyczne i moralne. Książka nic nie straciła od momentu wydania. Wciąż mnóstwo w niej trafnych obserwacji kulturowych i społecznych.

poniedziałek, 14 maja 2012
Isaac Asimov "Równi bogom"... albo blobom...

Szczerość to podstawa i przyznam się, spodziewałem się zupełnie czegoś innego. Nastawiłem się na opowieść o trzech różnych płciach, równoległych światach i podobno bardzo nowatorską i orzeźwiającą. Tak przynajmniej wyczytałem coś w sieci. Tak mogło być w latach siedemdziesiątych, kiedy książka została wydana. Dostałem książkę składającą się z trzech części, którą czytało się ciekawie, ale zupełnie bez szału, mocno nijaką.


Napiszę trochę o fabule, bo uważam, że takie wprowadzenie jest konieczne. Pierwsza część w książce jest zatytułowana „Przeciw głupocie…”. Nieokreślona przyszłość, ludzie dzięki przypadkowi nawiązują kontakt z równoległym światem i zaczynają się z tym światem wymieniać energią. Dzięki temu ludzkość zyskała niewyczerpane źródło energii. Młody naukowiec zawzięty na kolesia nazywanego Ojcem Pompy Elektronowej (to owo niewyczerpane źródło energii) odkrywa, że owo błogosławieństwo może zagrozić istnieniu całego wszechświata. Popada więc w konflikt z Ojcem Pompy Elektronowej i nikt nie traktuje jego ostrzeżeń poważnie. Dotyka go coraz większy ostracyzm ze strony środowiska naukowego. Asimov chciał przestrzec przed krótkowzrocznością zarówno rządzących jak i naukowców. Ludzie odpowiedzialni za losy Ziemi nie chcą przyjąć do wiadomości, że Pompa Elektronowa będąca źródłem samych łask (choć na początku wywołała załamanie gospodarcze na Ziemi), że ta fontanna darmowej energii może w przyszłości zniszczyć Ziemię. Pierwsza część dyskredytuje środowisko naukowców, jako ludzi żądnych sławy, władzy i pieniędzy. Dla mnie oczywiste analogie do energii jądrowej, która w latach siedemdziesiątych zaczęła być wykorzystywana na ogromną skalę.


Druga część pt. „…nawet bogowie…” jest już trochę ciekawsza. Świat równoległy różni się znacząco od Ziemi i jest zasiedlony przez dwa „gatunki” stworzeń inteligentnych.  Tak zwanych Twardych i Miękkich. Miękcy z kolei dzielą się na trzy rodzaje/płcie – Racjonałów, Emocjonałów i Rodzicieli. Istoty te są dość specyficzne – żywią się energią słoneczną, Miękcy przypominają obłoki gazu lub galaretowate bloby (przynajmniej ja tak to sobie wyobrażałem). Dość ciekawy pomysł, którego moim zdaniem Asimov nie wykorzystał do końca. Równoległy świat dogorywa, coraz mniej światła i coraz mniej pożywienia. W końcu nawiązują kontakt z Ziemią i wymieniają się energią. To pozwala im przetrwać. Lecz jeden z Emocjonałów odkrywa zagrożenie ze strony źródła energii z Ziemi. Ale Twardzi, którzy są dominującą rasą/gatunkiem ignorują zagrożenia i świadomie dążą do zagłady Ziemi. Emocjonał Duo próbuje temu przeciwdziałać.


Miękkcy to specyficzna forma istnienia. Każda z trzech płci ma określone cechy i przeznaczona jest do określonych funkcji. Racjonałowie to uczeni, którzy są racjonalni (zaskoczenie?), inteligentni - typ naukowców. Emocjonałowie to trzpiotki, damulki, lekkie, zwiewne i głupie. Mają służyć jako dopełnienie rozkoszy podczas zespolenia wszystkich trzech płci. Rodziciele to odpowiedzialni, przejawiający instynkt macierzyński osobnicy, ale za to strasznie głupi. Każde z nich dobiera się w triady i płodzi trójkę takich samych dzieci. I choć mimo pewnego nowatorstwo jeśli chodzi o sposób odżywiania i płodzenia potomstwa to właśnie ziemski podział na cechy, charaktery i role społeczne zburzył mi obraz dość interesującego społeczeństwa i wizji świata równoległego. A i sam proces zespalania jest opisany dość prozaicznie. Bohaterowie ze świata równoległego to Racjonał Odin, który jest mocno konserwatywny, pruderyjny.  Rodziciel Tritt z kolei nic tylko cały czas by się zespalał. A Emocjonał Duo jest Emocjonałem dziwnym, bo inteligentnym i chcącym się uczyć. Moim zdaniem przypominała trochę feministkę.


Role społeczne, zachowania emocjonalne, konserwatyzm są takie same jak nasze ziemskie. Można ewentualnie zwrócić uwagę na to, że triada Odina, Tritta i Duo różni się trochę od innych triad. Duo jest inteligentna i chce się uczyć, nie odnajduje przyjemności w towarzystwie reszty plotkarskich Emocjonałów.A Tritt potrafił się wykazać ogromną odwagą jak na Rodziciela.


Trzecia część „…na próżno walczą?” zabiera nas znowu na Ziemię, a dokładniej na Księżyc, który jest ziemską kolonią. Władze Ziemi nie darzą jednak zbytnim zaufaniem książycowców i vice – versa. Mamy tutaj klasyczny konflikt między kolonią a metropolią. Księżycowi ludzie wiodą żywot zupełnie inny od Ziemian. Mają znacznie luźniejsze stosunki społeczne i obyczajowe. Nie panuje tutaj taka pruderyjność i skrępowanie moralne. Zapamiętałem jedno zdanie, które wypowiada Selene, że w warunkach sztucznego ekosystemu Księżyca zbędne są ubrania, bo nie mają, przed czym chronić. I tak jest w istocie. Lunarianie chodzą sobie nago, bądź praktycznie nago. Zawierają wolne związki, i dość swobodnie postępują w sprawach seksu. Co peszy ziemskiego naukowca Denisona. Co do fabuły to mamy spisek przeciw Ziemi, znaczące odkrycie naukowe, które ratuje nasz Wszechświat i pomysł, aby Księżyc odleciał w Kosmos.


„Równi bogom” to dziwna książka. Nie porywa, nie powala na kolana. Dobrze się czyta, ale moim zdaniem trochę już się zdewaluowała w czasie. Pierwszą część można uznać za swojego rodzaju manifest i apel o zdrowy rozsądek skierowany do rządzących i naukowców. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że książka, choć należy do science – fiction była i jest mocno osadzona w swoim czasie i w problemach lat siedemdziesiątych. Przeszkadzało mi to i to bardzo. Druga część z pozoru najciekawsza nużyła mnie. Podczas lektury miałem przed oczyma galaretowate bloby ocierające się o siebie (nie wiem co ze mną nie tak:), ale ocierające się w sposób bardzo konserwatywny i pruderyjny! Trzecia część podawała dość ciekawe rozwiązania społeczne. Mieszkańcy Księżyca nie tęsknią za Ziemią, nie potrzebują nieba, wiatru, trawy. Zdają sobie sprawę, że ich życie będzie przebiegać w ekosystemie zamkniętym, w którym wiele ziemskich przyzwyczajeń, zachowań nie ma racji bytu. Trzecia część mogła najbardziej zwrócić uwagę jeśli chodzi o nasze wyzwanie. Z racji opisania dość swobodnych księżycowych obyczajów, które tak bardzo drażniły mieszkańców Ziemi.

 

P. S. "Przeciw głupocie nawet bogowie na próżno walczą?"

środa, 09 maja 2012
Johanna Sinisalo – Nie przed zachodem słońca - recenzja 3 (cedro)

Na początek chciałbym podziękować za inspirację ninedin i Paulinie Szkudlarek za inspirację ich recenzjami Sinisalo, bo jakoś nie miałem pomysłu od której strony ugryźć powieść o trollu, a dzięki ich przemyśleniom skrystalizowały się również moje.

 

***

  

Powieść gejowska plus fantasy, do tego queerowanie trolla i bonusowo - smutna historia Palomity, młodej Filipinki, sprzedanej przez własną rodzinę brutalnemu bucowi, który zamienił ją w seksualną niewolnicę. To wszystko zmieściła w swojej niedługiej powieści fińska pisarka, opowiadając historię Pessiego - Trolla-dziecka, który trafia, pod opiekuńcze skrzydła Mikaela, zblazowanego, egocentrycznego fotografa z wielkiego miasta. Wydawać by się mogło, że gorzej nie mógł trafić. A jednak Mikael ze swoim hedonistycznym podejściem do życia, doskonale odnajduje się w ekstremalnej sytuacji. Zapewne wiele w tym z potrzeby nowych wrażeń, których Pessi, jako poznawczo kompletnie dziewiczy teren, mu dostarcza. Mikael do tej pory zajęty zarabianiem pieniędzy i uwodzeniem innych mężczyzn kompletnie zatraca się w nowej roli. Relacja na linii Mikael-Pessi bynajmniej nie jest czysta. Mężczyzna nie do końca wie, jak ma traktować swojego podopiecznego. Jako trochę bardziej egzotycznego szczeniaka? Inteligentnego i w pewien sposób „równego mu” Obcego, czy wreszcie jako obiekt seksualny? Bo młody Troll produkuje silnie oddziałujący na otoczenie zapach, który wywołuje u Mikaela erotyczne podniecenie i który rykoszetem odbija się na otoczeniu Mikaela. Mężczyzna staje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Sinisalo nie decyduje się jednak na kompletną transgresję. Mikael swoje napięcie seksualne wyładowuje w przypadkowym związku z Eckem. Eck do tej pory outsider, niewystarczająco atrakcyjny, jak na standardy klubowej, wielkomiejskiej subkultury, wkrótce zostanie ukarany za swoje spełnione zauroczenie, bo Mikael jest raczej typem męskiego odpowiednika femme fatale, niż księcia na białym koniu. Swoich kochanków traktuje instrumentalnie i sam w pewnym momencie również zostanie w ten sposób potraktowany. Na szczęście dla Mikaela, Pessi okaże się dla niego nie tylko egzotyczną zabawką i wyzwaniem pedagogicznym, ale też furtką do zupełnie nowego, baśniowego świata. Tym samym kiedy rzeczywistość stanie się wyjątkowo opresyjna, będzie mógł uciec, pozwalając sobie w pewnym sensie na komfort niepłacenia za własne błędy i przewinienia.

 

I właśnie to subtelne (w porównanie do tradycyjnego fantasy) wprowadzenie baśniowości i ludowej mitologii do zwyczajnej powieści obyczajowej było dla mnie w powieści Sinisalo najciekawsze. Sinisalo przeplata i uzupełnia fabułę (opieka nad Pessim i wynikłe z tego problemy) fragmentami prawdziwych i nieprawdziwych utworów literackich, naukowych na temat istnienia i klasyfikacji trolli. Autorka gra z czytelnikiem, prowokując do zawieszenia niewiary i do bawienia się w owo zawieszanie, co jakiś czas „udowadniając” istnienie Trolli w świecie przedstawionym i pokazując, w jaki sposób te tajemnicze stworzenia w nim funkcjonują. Cały myk polega na tym, że Sinisalo jest w swoim udawaniu wyjątkowo przekonywująca. A do tego dochodzi, coś, co kompletnie mnie w Nie przed zachodem słońca uwiodło, czyli warstwowe odkrywanie tajemnicy. To warstwowe odkrywanie tajemnicy, poukrywanej gdzieś w skandynawskich lasach, podziałało na moją wyobraźnię zupełnie tak samo, jak w przypadku Skradzionego Dziecka Donohue Keitha. W obydwu książkach chodzi o skonstruowaniu na bazie ludowej demonologii bastionu niezwykłości, nieodkrytej jeszcze przez cywilizację człowieka przedchrześcijańskiego świata, w którym życie jest mocno związane z naturą.

 

W gruncie rzeczy wiele w tym z horrorowej koncepcji odkrywania prawdziwej, groźnej natury zła, poukrywanej gdzieś w bezpiecznym świecie ludzi. Z tą różnicą, że u Sinisalo źli są raczej ludzie. Świetnie widać to w tych skrawkach telewizyjno-prasowych, które pojawiają się w powieści. Obraz jaki się z nich jawi jest dość przygnębiający, dominują akcenty militarystyczne i apokaliptyczne (zapowiadany konflikt z trollami, katastrofa ekologiczna [ocieplenie klimatu]). Poza tym bohaterowie skonstruowani są tak, że raczej ich się nie lubi. Trudno bowiem mimo wszystko o sympatię w stosunku do infantylnego Mikaela. Nie mówiąc już o nieco demonicznym Martesie, który nosi w sobie znamiona konwencjonalnego schwarz-charakteru. Jego działania mają doprowadzić do upadku pozytywnego bohatera (przy czym chodzi mi raczej o Pessiego, niż Mikaela). Nie mówiąc już o okrutnym mężu Palomity. Jeżeli już z kims się utożsamiamy to właśnie z tymi bohaterami, którzy zostają zmuszeni do egzystowania gdzieś na obrzeżach świata i którzy z różnych powodów zostali zamknięci i odcięci od możliwości zaznania szczęścia i wolności. Chodzi oczywiście o Palomitę i Pessiego, ale też o Ecka, który nie potrafi się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości. Wszyscy oni są, każdy na swój sposób, samotni i porzuceni. Palomita i Pessi przez własne rodziny, Eck przez innych mężczyzn, których nie jest w stanie sobą zainteresować. Pojawia się więc nadzieja, że skoro tutaj jest tak źle, to być może gdzie indziej jest lepiej. I w tym miejscu rozpoczyna się wielka saga o spotkaniu dwóch, mieszkających obok siebie, inteligentnych gatunków. Skojarzenia z Planetą małp, jak najbardziej na miejscu. Zwłaszcza z analogicznym do Pessiego i Mikaela wątkiem Cezara i jego opiekuna z Genezy planety małp.

 

Sinisalo napisała więc sobie powieść, w której dość ambitnie podeszła do tematu Obcego. Przede wszystkim uniknęła banału, osadzając fabułę wśród już wykluczonych i pokazała jak zabawnie zmienna jest sytuacja w zależności od perspektywy. Finał powieści zapowiada zamianę miejsc pomiędzy Mikaelem i Pessim. Teraz to Mikael będzie obcym. Dodatkowo wielogłosowość po jaką sięgnęła, aby pokazać złożoność i wieloznaczność opowiadanej historii, świetnie sprawdziła się jako metoda na dozowanie informacje i tym samym spiętrzenie tajemniczości.

 

Gdybym miał osadzić Nie przed zachodem słońca w jakimś literackim kontekście, to wymieniłbym chyba Dziecko Rosemary. Głównie dlatego, że w obydwu powieściach mieszkanie w wielkim mieści zostało przedstawione jako pełen emocji i tajemnic labirynt, w którym łatwo jest się ukryć przed resztą świata i pielęgnować swój „niemoralny” sekret.

niedziela, 29 kwietnia 2012
Ethan z planety Athos - Lois McMaster Bujold - recenzja 2

Bardzo dużo obiecywałem sobie po Ethanie... Bujold . Spodobała mi się idea klasycznego s-f połączonego z koncepcją obserwowania wydarzeń z perspektywy bohatera, nierozumiejącego hetero-normatywności. Mógł wyjść z tego prawdziwy popkulturowy majstersztyk. Tymczasem to co wydawało się najbardziej obiecujące (homo-normatywne obyczaje Athos i „homo-tożsamościowy” bohater główny ->”homo-tożsamościowy” w sensie, że nierozumiejący innej tożsamości od homoseksualnej) okazały się jedynie pretekstem do kilku średnio zabawnych (i wciąż powtarzanych) dowcipów o nieprzystawalności Ethana do reszty świata i dość krótkiego prologu na Athosie, który dla mnie był najciekawszym fragmentem powieści. Jądrem powieści okazała się raczej średnio interesującą historia szpiegowska z bandą zdemoralizowanych, pozbawionych skrupułów przestępców, genetycznymi eksperymentami, w której Ethan od czasu do czasu występuje jako dziewica w opałach, a czasami jako przenikliwy Sherlock Holmes. Reszta bohaterów jest natomiast niemożebnie prosta (przebojowa Quinn, tajemniczy Cee i geniusz zbrodni: Millisor). To wszystko plus prosta, pozbawiona spektakularnych zwrotów akcji intryga sprawiła, że naprawdę ciężko mi było cieszyć się queerowością Ethana. Zwłaszcza, że sama queerowość została ograna jako komediowa zabawa normami społecznymi, a przebijająca się na pierwszy plan warstwa sensacyjna historii okazała się wybitnie niezajmująca.

 

Jak napisałem wyżej, główną wadą książki była dla mnie miałkość wątku szpiegowskiego. Historia uprowadzenia materiału genetycznego od którego zależało być czy nie być planety Athos i ściśle tajna podróż Ethana w celu zdobycia nowych materiałów rozrodczych sama w sobie niosła spory potencjał. Problem pojawił się w momencie przybycia Ethana na stację Kline, kiedy to okazało się, że ciąg dalszy historii składa się z samych wyświechtanych motywów, prowadzących spokojnie czytelnika od jednego elementu zagadki do kolejnego bez jakichkolwiek emocji czy autentycznego suspensu. Ani przez moment nie obawiałem się o życie bohaterów, może dlatego, że całość została przedstawiona jako lekki pastisz thrilleru s-f. Dużo humoru i dość pretekstowa opowieść, podrasowana delikatnie queerowymi zabawami.

 

Skoro o kryminalno-sensacyjnej warstwie powieści nie ma co pisać, spójrzmy w takim razie na społeczeństwo i ustrój Athos, które są chyba najbardziej interesującym, a na pewno najbardziej eksperymentalnym elementem książki. Athos to planeta-państwo, którym rządzi autorytarna, nieco enigmatyczna władza. U podstawy systemu politycznego leżą religijne prawa sformułowane przez ojców założycieli, które w lekko zmodyfikowanej formie przypominają prawa Mojżeszowe. Czyli uporządkowana, ortodoksyjnie skodyfikowana moralność plus wiara w jednego Boga i szacunek dla jego kapłanów. Oprócz tych religijnych naleciałości całość prezentuje się trochę jako gejowska utopia (jeżeli założymy, że w gejowskiej utopii chodziłoby o całkowitą homo-normatywność). Chociaż bardziej poprzez utopię mam tutaj na myśli „w miarę” nieinwazyjny system społeczny, zapewniający względny dobrobyt i dość rozbudowany system opieki nad dziećmi. Reglamentacja rodzicielstwa przynajmniej z perspektywy dobra dziecka wydaje się być pozytywnym rozwiązaniem społecznym. W ten sposób szansę na dziecko ma nie ten, kto po prostu chce je mieć, ale ten kto swoim zachowaniem i pracą udowodnił, że będzie dobrze spełniał ojcowskie obowiązki. Problem z Athosem jest jednak taki, że planetę poznajemy z perspektywy obywatela-lojalisty, który bez zastrzeżeń przyjmuje nakazy i zakazy władzy. Kwestia np. cenzury jest więc przedstawiana jako słuszna metoda zapobiegająca niepokojom społecznym (i jako akcent humorystyczny), a nie jako realny problem ograniczenia wolności. A więc na własną rękę musimy wyszukiwać wszelkie anty-utopijne naleciałości: biurokrację, brak kontroli władzy ze strony obywateli (skrajnie nieudane zamówienie materiału genetycznego zostało utajnione, chociaż groziło katastrofą demograficzną o skali przypominającej ewentualny athosański koniec świata) i szowinizm (kobiety nie mają prawa wstępu na planetę) w absurdalny sposób kolidujący z hipokryzją (jednocześnie ich jajniki są importowane z reszty wszechświata, aby planeta w ogóle mogła istnieć). Tym samym można mieć podejrzenie, że nieco utopijny obraz Athosa jako urokliwej, choć zaściankowej planety na samym końcu wszechświata jest mocno spaczony i aż szkoda, że Bujold nie poświęciła mu więcej uwagi, bo sam bym z przyjemnością przyjrzał się z bliska Athosowi z jego przesądami i obyczajami, zamiast czytać średnio interesującą intrygę szpiegowską doprawioną jedynie genderowymi żartami, trochę w stylu Pół żartem, pół serio, które może były dobre w 1959 roku, ale teraz raczej nie udźwigną satysfakcjonującej fabuły opowieści s-f z ambicjami do krytyki społecznej.

 

piątek, 20 kwietnia 2012
[A]sex a państwo. O Lewej ręce ciemności Ursuli K. Le Guin
Świat, do którego trafił Ai Genly, wysłannik Ekumeny, aby przekonać mieszkańców Gethen do przyłączenia się do tej unii, to kraina śniegu i lodu. „Człowiek może żyć tylko w dość wąskim przedziale warunków i Gethen wyznacza jedną ich granicę…” – mówi przybysz. Nie mróz stanowi jednak o wyjątkowości tej krainy – ważniejszy dla posłańca jest fakt, że Zima zamieszkiwana jest przez ludzi, którzy nie mają płci. Jak wygląda rzeczywistość, w której pojęcie „męskiej dumy” czy „kobiecej wrażliwości” jest nieznane, co więcej – okazałoby się zupełnie niezrozumiałe? „Powody osobiste, rasowe, społeczne, seksualne – skąd mogę wiedzieć, dlaczego Ai nie wolno płakać?” – zastanawia się Therem Harth rem ir Estraven podczas wspólnej z Gentlym wędrówki przez lodowiec. Czym jest państwo w świecie, w którym nigdy nie było żadnego konfliktu zbrojnego? Jak kształtują się relacje społeczne tam, gdzie nie ma i nie może być podziału na to, co żeńskie i co męskie?
środa, 18 kwietnia 2012
Lista wyzwaniowa

Ursula K. Le Guin – Lewa ręka ciemności

Isaac Asimov – Równi bogom

Joe Haldeman – Wieczna wojna

Johan Sinisalo – Nie przed zachodem słońca

Lois McMaster Bujold – Ethan z planety Athos


Tekst na temat Lewej ręki ciemności pojawi się bardzo krótkim (mam nadzieję!) niebawem :)

19:24, ursz_u_la
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Cedro - Równi Bogom Asimova - recenzja 1

Mam niesamowity problem z Równi bogom Asimova, bo obok tego, że tę króciutką powieść czytało mi się naprawdę dobrze, to jednak ma ona sporo wad, a najważniejszą z nich jest jej nijakość i w sumie pewnego rodzaju efekciarstwo w futurystycznych projektach za którymi nie poszła interesująca intryga i dobrze skonstruowani bohaterowie. Tym samym Asimov napisał w sumie niezłą zabawową książkę spekulatywną, w której teoretyczne dywagacje o przyszłości są znacznie bardziej wciągające od opowiadanej przez niego historii.

 

Powieść Równi bogom składa się z trzech części, z których bezspornie najlepsza jest środkowa, opowiadająca o alternatywnym paraświecie i zamieszkujących go paraludziach. Z góry uprzedzam, że w recenzji znajdą się spojlery, bo adresuję ją raczej do tych, którzy lekturę powieści Asimova mają za sobą. I też dlatego, że sama fabuła jest tak prościutka, że trudno pisać o niej cokolwiek więcej bez zdradzania istotnych dla książki faktów i wydarzeń.

 

Tak jak napisałem wyżej, najciekawszy jest rozdział środkowy. Mimo tego, mam jednak z nim pewien problem, który polega głównie na tym, że pomimo bardzo ciekawego konceptu na alternatywną cywilizację, trudno nie odnieść wrażenia, że została ona obmyślona tylko na potrzeby zadziwienia czytelników. Samo w sobie nie jest to niczym złym, ale rozczarowuje brak silniejszego połączenia z resztą historii. Efektem tego jest nieprzyjemne odczucie, że przepoławia ona nieskładnie całą intrygę na pół. O ile bowiem jeszcze rozdziały pierwszy i trzeci poruszają zbliżone kwestie, o tyle w przypadku drugiego rozdziału punkt ciężkości został raczej położony na kreację alternatywnej rzeczywistości, a nie na połączenie jej z głównym tematem powieści, czyli śmiertelnej groźby, jaka jest związana z działalnością Pompy. Ostatecznie dostajemy więc trzy w miarę niezależne opowieści, które próbują udawać składną całość, podczas gdy w rzeczywistości są raczej fantazyjnymi impresjami, podczas których Asimov popuszcza wodze wyobraźni i w tym miejscu trzeba przyznać, że jego wizje mieszkańców księżyca i paraświata same w sobie są naprawdę spektakularne i zapierają dech w piersiach. Pomysł ze zmianami w ludzkim ciele, spowodowanymi adaptowaniem się do warunków księżyca został bardzo fajnie przemyślany i ograny. A szczegółowość i daleko idąca pomysłowość w kreowaniu zupełnie alternatywnej cywilizacji, opartej na energii słonecznej, (przy czym nie idziemy w stronę organizmów roślinopodobnych, ale skonstruowanych na modłę gazów) jest po prostu mistrzowska.

A jednak, jak napisałem wyżej, mam pewien problem ze środkowym rozdziałem. Sama idea stworzenia paraświata opartego na energii słonecznej, w ramach którego powstały cztery, powiązane ze sobą gatunki: tajemniczy Twardzi i stanowiący centrum opowieści Miękcy: Emoconałowie, Racjonałowie i Rodziciele jest zachęcająca, niestety sposób jej rozczarowuje. A prostota całej historii przypomina bardziej przypowieści o początkach wszechświata, niż swojego rodzaju thriller s-f.

Miękcy żyją w triadach, czyli związkach, w których podział ról jest bardzo sztywny i konserwatywny, zależny od natury i predyspozycji każdego z członków triady. Jak okazuje się w toku opowieści poziom zindywidualizowania mieszkańców paraświata jest bardzo niewielki. Tak samo dzieje się z tolerancją na wszelką inność. Przekonują się o tym główni bohaterowie, połączeni w jedną triadę, którzy – każdy na swój sposób – wyróżniają się i odbiegają od przyjętej powszechnie normy. Skutkuje to wyalienowaniem i ostatecznie frustracją. Wielką tajemnicą paraświata jest fakt, że Miękcy to po prostu wczesne stadium Twardych, pod koniec swojego życia, łączą się oni w jedne indywiduum i stają się materialnymi Twardymi. W ten sposób Emocjonał, Racjonał i Rodzic w triadzie byli jedynie rozszczepionymi elementami jednej osobowości. Niestety o tym, jak wygląda w praktyce funkcjonowanie takiego połączonego Twardego nie dowiadujemy się zbyt wiele, bo właśnie w chwili połączenia głównych bohaterów Asimov urwał cały wątek. Można jednak przypuszczać, że wówczas następuje pewnego rodzaju przerwanie wcześniejszej formy bytowania i powstanie nowej. Wnioskuję tak na podstawie historii Dui, której buntownicze nastawienie zdaje się być całkowicie spacyfikowane właśnie poprzez połączenie jej z resztą triady w nowego Twardego. Tym samym Asimov tworzy bardzo konserwatywny obraz świata, w którym role każdej jednostki są sztywnie podzielone i w którym nie ma miejsca na alternatywne zakończenie i własny, indywidualny wybór, czy ambicje. Potrzeba wolności i buntu Dui była czymś niezwykłym w bardzo kolektywnym świecie paraludzi, skoro więc „rebelia” tak wyjątkowego emocjonała, jakim jest Dua została łatwo stłumiona, właściwie bardziej przez naturę, niż działania społeczeństwa, to wychodzi na to, że świat paraludzi nie niesie ze sobą możliwości jakiejkolwiek zmiany. Związane jest to również z tym, że poprzednie wartości i nastawienie Dui (niechęć do Twardych i ich moralności, niechęć do idei pompy) wydają się całkowicie zmieniać po powtórnych narodzinach. Tak jakby wszystko, co wydarzyło się wcześniej uległo unieważnieniu. W ten sposób można wywnioskować, że bunt jest domeną niedojrzałych, dziecinnych jednostek, a konserwatywny świat dorosłych jest nienaruszalny. Tym samym obok queerowych zabaw płciowością, Asimov zdecydował się na ustalenie stałych praw społecznych, bardziej w oparciu o "fizykę" paraświata, niż umów pomiędzy różnymi grupami. Jeżeli dodamy do tego podział na "wiedzących" Twardych i nieświadomych niczego "Miękkich", to wyjdzie nam wręcz totalitarna utopia, w której wszyscy mogą być szczęśliwi o ile nie wyłamują się z obowiązującego schematu.

 

Jednocześnie moim dużym zarzutem w stosunku do takiej koncepcji alternatywnej cywilizacji jest to, że Asimov zrezygnował z jakiegokolwiek podłoża biologicznego. Nie wiadomo dlaczego paraświat miałby zdecydować się na tak skomplikowaną formę życia (poza chęcią zadziwienia i zaskoczenia), jak pomysł na dziecinną Triadę i dorosłych tajemniczych Twardych. Wydaje się on raczej trudny do obronienia. Zwłaszcza, że został osadzony bardziej w świecie idei (konserwatywny ustrój społeczny, brak kontekstu przyrodniczego), niż biologii. Na dobrą sprawę nie dowiadujemy się w jakim świecie żyją Twardzi i czym się zajmują poza bardzo mistycznie pojmowaną „nauką”. Taka redukcja świata zewnętrznego (i wewnętrznego) została prawdopodobnie wymuszona tym, że bardzo trudno byłoby wybronić Asimovovi tezę o prawdopodobieństwu takiej cywilizacji. Oczywiście cały czas mówimy o powieści s-f, która ma głównie zabawiać, ale problem z Równi bogom polega na tym, że Asimov dał nam jedynie futurystyczne obrazy pozbawione wciągającej intrygi, przez co naturalnie skupiamy się na samej teorii alternatywnego świata, ponieważ de facto nad samą fabułą ciężko jest się roztkliwiać, jeżeli została ograniczona do minimum.

 

Podobnie rzecz się ma z trzecim rozdziałem. Obok bardzo ciekawego obrazu zamieszkałego Księżyca, pojawia się absurdalny pomysł, aby zrobić z niego statek kosmiczny. Na co Ziemianie odpowiadają (!), że nie ma sprawy, a oni wybudują sobie sztucznego satelitę o tej samej wielkości (bo sam księżyc jest potrzebny, aby wybudować na nim maszynerię, która wykreuje nową energię i pozwoli zablokować zabójczą działalność pompy), zupełnie zapominając, że odlot księżyca zmieniłby zbyt wiele w przyrodzie Ziemi. I to nie jest jedynie kwestia wybudowania sobie nowego satelity. Trudno więc uwierzyć w tak bezproblemowe podejście Ziemian do idei odlotu Księżyca wraz z jego mieszkańcami. W tym miejscu bardzo szwankuje prawdopodobieństwo psychologiczne, z którym Asimov w ogóle radzi sobie raczej średnio. Zarówno charakter jak i motywacja bohaterów jest bardzo umowna.

Przydało by się jakieś soczyste podsumowanie, ale prawda jest taka, że nie umiem jednoznacznie ocenić powieści Asimova. Zarówno jeżeli przyjrzeć się z perspektywy głównego tematy naszego wyzwania (queer), jak i s-f. 

Tagi: queer s-f
13:52, cedroo , Recenzje
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Wyzwanie Steampunk:

Wyzwanie Queer: