Kategorie: Wszystkie | Dyskusje | Recenzje | Varia
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2012
Ethan z planety Athos - Lois McMaster Bujold - recenzja 2

Bardzo dużo obiecywałem sobie po Ethanie... Bujold . Spodobała mi się idea klasycznego s-f połączonego z koncepcją obserwowania wydarzeń z perspektywy bohatera, nierozumiejącego hetero-normatywności. Mógł wyjść z tego prawdziwy popkulturowy majstersztyk. Tymczasem to co wydawało się najbardziej obiecujące (homo-normatywne obyczaje Athos i „homo-tożsamościowy” bohater główny ->”homo-tożsamościowy” w sensie, że nierozumiejący innej tożsamości od homoseksualnej) okazały się jedynie pretekstem do kilku średnio zabawnych (i wciąż powtarzanych) dowcipów o nieprzystawalności Ethana do reszty świata i dość krótkiego prologu na Athosie, który dla mnie był najciekawszym fragmentem powieści. Jądrem powieści okazała się raczej średnio interesującą historia szpiegowska z bandą zdemoralizowanych, pozbawionych skrupułów przestępców, genetycznymi eksperymentami, w której Ethan od czasu do czasu występuje jako dziewica w opałach, a czasami jako przenikliwy Sherlock Holmes. Reszta bohaterów jest natomiast niemożebnie prosta (przebojowa Quinn, tajemniczy Cee i geniusz zbrodni: Millisor). To wszystko plus prosta, pozbawiona spektakularnych zwrotów akcji intryga sprawiła, że naprawdę ciężko mi było cieszyć się queerowością Ethana. Zwłaszcza, że sama queerowość została ograna jako komediowa zabawa normami społecznymi, a przebijająca się na pierwszy plan warstwa sensacyjna historii okazała się wybitnie niezajmująca.

 

Jak napisałem wyżej, główną wadą książki była dla mnie miałkość wątku szpiegowskiego. Historia uprowadzenia materiału genetycznego od którego zależało być czy nie być planety Athos i ściśle tajna podróż Ethana w celu zdobycia nowych materiałów rozrodczych sama w sobie niosła spory potencjał. Problem pojawił się w momencie przybycia Ethana na stację Kline, kiedy to okazało się, że ciąg dalszy historii składa się z samych wyświechtanych motywów, prowadzących spokojnie czytelnika od jednego elementu zagadki do kolejnego bez jakichkolwiek emocji czy autentycznego suspensu. Ani przez moment nie obawiałem się o życie bohaterów, może dlatego, że całość została przedstawiona jako lekki pastisz thrilleru s-f. Dużo humoru i dość pretekstowa opowieść, podrasowana delikatnie queerowymi zabawami.

 

Skoro o kryminalno-sensacyjnej warstwie powieści nie ma co pisać, spójrzmy w takim razie na społeczeństwo i ustrój Athos, które są chyba najbardziej interesującym, a na pewno najbardziej eksperymentalnym elementem książki. Athos to planeta-państwo, którym rządzi autorytarna, nieco enigmatyczna władza. U podstawy systemu politycznego leżą religijne prawa sformułowane przez ojców założycieli, które w lekko zmodyfikowanej formie przypominają prawa Mojżeszowe. Czyli uporządkowana, ortodoksyjnie skodyfikowana moralność plus wiara w jednego Boga i szacunek dla jego kapłanów. Oprócz tych religijnych naleciałości całość prezentuje się trochę jako gejowska utopia (jeżeli założymy, że w gejowskiej utopii chodziłoby o całkowitą homo-normatywność). Chociaż bardziej poprzez utopię mam tutaj na myśli „w miarę” nieinwazyjny system społeczny, zapewniający względny dobrobyt i dość rozbudowany system opieki nad dziećmi. Reglamentacja rodzicielstwa przynajmniej z perspektywy dobra dziecka wydaje się być pozytywnym rozwiązaniem społecznym. W ten sposób szansę na dziecko ma nie ten, kto po prostu chce je mieć, ale ten kto swoim zachowaniem i pracą udowodnił, że będzie dobrze spełniał ojcowskie obowiązki. Problem z Athosem jest jednak taki, że planetę poznajemy z perspektywy obywatela-lojalisty, który bez zastrzeżeń przyjmuje nakazy i zakazy władzy. Kwestia np. cenzury jest więc przedstawiana jako słuszna metoda zapobiegająca niepokojom społecznym (i jako akcent humorystyczny), a nie jako realny problem ograniczenia wolności. A więc na własną rękę musimy wyszukiwać wszelkie anty-utopijne naleciałości: biurokrację, brak kontroli władzy ze strony obywateli (skrajnie nieudane zamówienie materiału genetycznego zostało utajnione, chociaż groziło katastrofą demograficzną o skali przypominającej ewentualny athosański koniec świata) i szowinizm (kobiety nie mają prawa wstępu na planetę) w absurdalny sposób kolidujący z hipokryzją (jednocześnie ich jajniki są importowane z reszty wszechświata, aby planeta w ogóle mogła istnieć). Tym samym można mieć podejrzenie, że nieco utopijny obraz Athosa jako urokliwej, choć zaściankowej planety na samym końcu wszechświata jest mocno spaczony i aż szkoda, że Bujold nie poświęciła mu więcej uwagi, bo sam bym z przyjemnością przyjrzał się z bliska Athosowi z jego przesądami i obyczajami, zamiast czytać średnio interesującą intrygę szpiegowską doprawioną jedynie genderowymi żartami, trochę w stylu Pół żartem, pół serio, które może były dobre w 1959 roku, ale teraz raczej nie udźwigną satysfakcjonującej fabuły opowieści s-f z ambicjami do krytyki społecznej.

 

piątek, 20 kwietnia 2012
[A]sex a państwo. O Lewej ręce ciemności Ursuli K. Le Guin
Świat, do którego trafił Ai Genly, wysłannik Ekumeny, aby przekonać mieszkańców Gethen do przyłączenia się do tej unii, to kraina śniegu i lodu. „Człowiek może żyć tylko w dość wąskim przedziale warunków i Gethen wyznacza jedną ich granicę…” – mówi przybysz. Nie mróz stanowi jednak o wyjątkowości tej krainy – ważniejszy dla posłańca jest fakt, że Zima zamieszkiwana jest przez ludzi, którzy nie mają płci. Jak wygląda rzeczywistość, w której pojęcie „męskiej dumy” czy „kobiecej wrażliwości” jest nieznane, co więcej – okazałoby się zupełnie niezrozumiałe? „Powody osobiste, rasowe, społeczne, seksualne – skąd mogę wiedzieć, dlaczego Ai nie wolno płakać?” – zastanawia się Therem Harth rem ir Estraven podczas wspólnej z Gentlym wędrówki przez lodowiec. Czym jest państwo w świecie, w którym nigdy nie było żadnego konfliktu zbrojnego? Jak kształtują się relacje społeczne tam, gdzie nie ma i nie może być podziału na to, co żeńskie i co męskie?
środa, 18 kwietnia 2012
Lista wyzwaniowa

Ursula K. Le Guin – Lewa ręka ciemności

Isaac Asimov – Równi bogom

Joe Haldeman – Wieczna wojna

Johan Sinisalo – Nie przed zachodem słońca

Lois McMaster Bujold – Ethan z planety Athos


Tekst na temat Lewej ręki ciemności pojawi się bardzo krótkim (mam nadzieję!) niebawem :)

19:24, ursz_u_la
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Cedro - Równi Bogom Asimova - recenzja 1

Mam niesamowity problem z Równi bogom Asimova, bo obok tego, że tę króciutką powieść czytało mi się naprawdę dobrze, to jednak ma ona sporo wad, a najważniejszą z nich jest jej nijakość i w sumie pewnego rodzaju efekciarstwo w futurystycznych projektach za którymi nie poszła interesująca intryga i dobrze skonstruowani bohaterowie. Tym samym Asimov napisał w sumie niezłą zabawową książkę spekulatywną, w której teoretyczne dywagacje o przyszłości są znacznie bardziej wciągające od opowiadanej przez niego historii.

 

Powieść Równi bogom składa się z trzech części, z których bezspornie najlepsza jest środkowa, opowiadająca o alternatywnym paraświecie i zamieszkujących go paraludziach. Z góry uprzedzam, że w recenzji znajdą się spojlery, bo adresuję ją raczej do tych, którzy lekturę powieści Asimova mają za sobą. I też dlatego, że sama fabuła jest tak prościutka, że trudno pisać o niej cokolwiek więcej bez zdradzania istotnych dla książki faktów i wydarzeń.

 

Tak jak napisałem wyżej, najciekawszy jest rozdział środkowy. Mimo tego, mam jednak z nim pewien problem, który polega głównie na tym, że pomimo bardzo ciekawego konceptu na alternatywną cywilizację, trudno nie odnieść wrażenia, że została ona obmyślona tylko na potrzeby zadziwienia czytelników. Samo w sobie nie jest to niczym złym, ale rozczarowuje brak silniejszego połączenia z resztą historii. Efektem tego jest nieprzyjemne odczucie, że przepoławia ona nieskładnie całą intrygę na pół. O ile bowiem jeszcze rozdziały pierwszy i trzeci poruszają zbliżone kwestie, o tyle w przypadku drugiego rozdziału punkt ciężkości został raczej położony na kreację alternatywnej rzeczywistości, a nie na połączenie jej z głównym tematem powieści, czyli śmiertelnej groźby, jaka jest związana z działalnością Pompy. Ostatecznie dostajemy więc trzy w miarę niezależne opowieści, które próbują udawać składną całość, podczas gdy w rzeczywistości są raczej fantazyjnymi impresjami, podczas których Asimov popuszcza wodze wyobraźni i w tym miejscu trzeba przyznać, że jego wizje mieszkańców księżyca i paraświata same w sobie są naprawdę spektakularne i zapierają dech w piersiach. Pomysł ze zmianami w ludzkim ciele, spowodowanymi adaptowaniem się do warunków księżyca został bardzo fajnie przemyślany i ograny. A szczegółowość i daleko idąca pomysłowość w kreowaniu zupełnie alternatywnej cywilizacji, opartej na energii słonecznej, (przy czym nie idziemy w stronę organizmów roślinopodobnych, ale skonstruowanych na modłę gazów) jest po prostu mistrzowska.

A jednak, jak napisałem wyżej, mam pewien problem ze środkowym rozdziałem. Sama idea stworzenia paraświata opartego na energii słonecznej, w ramach którego powstały cztery, powiązane ze sobą gatunki: tajemniczy Twardzi i stanowiący centrum opowieści Miękcy: Emoconałowie, Racjonałowie i Rodziciele jest zachęcająca, niestety sposób jej rozczarowuje. A prostota całej historii przypomina bardziej przypowieści o początkach wszechświata, niż swojego rodzaju thriller s-f.

Miękcy żyją w triadach, czyli związkach, w których podział ról jest bardzo sztywny i konserwatywny, zależny od natury i predyspozycji każdego z członków triady. Jak okazuje się w toku opowieści poziom zindywidualizowania mieszkańców paraświata jest bardzo niewielki. Tak samo dzieje się z tolerancją na wszelką inność. Przekonują się o tym główni bohaterowie, połączeni w jedną triadę, którzy – każdy na swój sposób – wyróżniają się i odbiegają od przyjętej powszechnie normy. Skutkuje to wyalienowaniem i ostatecznie frustracją. Wielką tajemnicą paraświata jest fakt, że Miękcy to po prostu wczesne stadium Twardych, pod koniec swojego życia, łączą się oni w jedne indywiduum i stają się materialnymi Twardymi. W ten sposób Emocjonał, Racjonał i Rodzic w triadzie byli jedynie rozszczepionymi elementami jednej osobowości. Niestety o tym, jak wygląda w praktyce funkcjonowanie takiego połączonego Twardego nie dowiadujemy się zbyt wiele, bo właśnie w chwili połączenia głównych bohaterów Asimov urwał cały wątek. Można jednak przypuszczać, że wówczas następuje pewnego rodzaju przerwanie wcześniejszej formy bytowania i powstanie nowej. Wnioskuję tak na podstawie historii Dui, której buntownicze nastawienie zdaje się być całkowicie spacyfikowane właśnie poprzez połączenie jej z resztą triady w nowego Twardego. Tym samym Asimov tworzy bardzo konserwatywny obraz świata, w którym role każdej jednostki są sztywnie podzielone i w którym nie ma miejsca na alternatywne zakończenie i własny, indywidualny wybór, czy ambicje. Potrzeba wolności i buntu Dui była czymś niezwykłym w bardzo kolektywnym świecie paraludzi, skoro więc „rebelia” tak wyjątkowego emocjonała, jakim jest Dua została łatwo stłumiona, właściwie bardziej przez naturę, niż działania społeczeństwa, to wychodzi na to, że świat paraludzi nie niesie ze sobą możliwości jakiejkolwiek zmiany. Związane jest to również z tym, że poprzednie wartości i nastawienie Dui (niechęć do Twardych i ich moralności, niechęć do idei pompy) wydają się całkowicie zmieniać po powtórnych narodzinach. Tak jakby wszystko, co wydarzyło się wcześniej uległo unieważnieniu. W ten sposób można wywnioskować, że bunt jest domeną niedojrzałych, dziecinnych jednostek, a konserwatywny świat dorosłych jest nienaruszalny. Tym samym obok queerowych zabaw płciowością, Asimov zdecydował się na ustalenie stałych praw społecznych, bardziej w oparciu o "fizykę" paraświata, niż umów pomiędzy różnymi grupami. Jeżeli dodamy do tego podział na "wiedzących" Twardych i nieświadomych niczego "Miękkich", to wyjdzie nam wręcz totalitarna utopia, w której wszyscy mogą być szczęśliwi o ile nie wyłamują się z obowiązującego schematu.

 

Jednocześnie moim dużym zarzutem w stosunku do takiej koncepcji alternatywnej cywilizacji jest to, że Asimov zrezygnował z jakiegokolwiek podłoża biologicznego. Nie wiadomo dlaczego paraświat miałby zdecydować się na tak skomplikowaną formę życia (poza chęcią zadziwienia i zaskoczenia), jak pomysł na dziecinną Triadę i dorosłych tajemniczych Twardych. Wydaje się on raczej trudny do obronienia. Zwłaszcza, że został osadzony bardziej w świecie idei (konserwatywny ustrój społeczny, brak kontekstu przyrodniczego), niż biologii. Na dobrą sprawę nie dowiadujemy się w jakim świecie żyją Twardzi i czym się zajmują poza bardzo mistycznie pojmowaną „nauką”. Taka redukcja świata zewnętrznego (i wewnętrznego) została prawdopodobnie wymuszona tym, że bardzo trudno byłoby wybronić Asimovovi tezę o prawdopodobieństwu takiej cywilizacji. Oczywiście cały czas mówimy o powieści s-f, która ma głównie zabawiać, ale problem z Równi bogom polega na tym, że Asimov dał nam jedynie futurystyczne obrazy pozbawione wciągającej intrygi, przez co naturalnie skupiamy się na samej teorii alternatywnego świata, ponieważ de facto nad samą fabułą ciężko jest się roztkliwiać, jeżeli została ograniczona do minimum.

 

Podobnie rzecz się ma z trzecim rozdziałem. Obok bardzo ciekawego obrazu zamieszkałego Księżyca, pojawia się absurdalny pomysł, aby zrobić z niego statek kosmiczny. Na co Ziemianie odpowiadają (!), że nie ma sprawy, a oni wybudują sobie sztucznego satelitę o tej samej wielkości (bo sam księżyc jest potrzebny, aby wybudować na nim maszynerię, która wykreuje nową energię i pozwoli zablokować zabójczą działalność pompy), zupełnie zapominając, że odlot księżyca zmieniłby zbyt wiele w przyrodzie Ziemi. I to nie jest jedynie kwestia wybudowania sobie nowego satelity. Trudno więc uwierzyć w tak bezproblemowe podejście Ziemian do idei odlotu Księżyca wraz z jego mieszkańcami. W tym miejscu bardzo szwankuje prawdopodobieństwo psychologiczne, z którym Asimov w ogóle radzi sobie raczej średnio. Zarówno charakter jak i motywacja bohaterów jest bardzo umowna.

Przydało by się jakieś soczyste podsumowanie, ale prawda jest taka, że nie umiem jednoznacznie ocenić powieści Asimova. Zarówno jeżeli przyjrzeć się z perspektywy głównego tematy naszego wyzwania (queer), jak i s-f. 

Tagi: queer s-f
13:52, cedroo , Recenzje
Link Komentarze (8) »
Wyzwanie Steampunk:

Wyzwanie Queer: