Kategorie: Wszystkie | Dyskusje | Recenzje | Varia
RSS
piątek, 25 maja 2012
Joe Haldeman – Wieczna wojna - recenzja 4

Raczej kilka nieskładnych uwag, niż jakaś próba spójnej analizy.

 

(spojlery!)

 

1. Wieczna Wojna została napisana pół wieku temu i czas nie był dla niej łaskawy. Powieść najzwyczajniej w świecie wydaje się przestarzała i trochę ciężko traktować ją inaczej, niż jako takie zabytkowe s-f. Zwłaszcza w kontekście pewnych nietrafionych ocen tego, jak będzie wyglądała Ziemia na początku XXI wieku (co możemy zweryfikować). To nie tak, że całość nie jest pozbawiona pewnego uroku, ale jednak nie takiego, jakiego się oczekuje po wizjonerskiej, ponadczasowej s-f.

 

2. Oczywiście jednak Wieczna wojna to przede wszystkim military s-f i tutaj trudno mi coś napisać, bo nie mam ani doświadczenia w czytaniu tego typu prozy, ani też chyba nie jest to ten gatunek, który mógłby mi się spodobać. Natomiast wydaje mi się, że całe te opisy zarządzania wojskiem i opisy poszczególnych akcji miały w sobie pewną dozę rozmachu i autentycznie trzymały w napięciu, co sprawia, że ten element Wiecznej... jest najlepszy. Nawet jeżeli pewne rozwiązania wydadzą się mało prawdopodobne (piechota jako najskuteczniejsza forma walki, czy brak wykorzystania robotów).

 

3. Wieczna Wojna to przede wszystkim manifest polityczny autora, który w ten sposób chciał skrytykować amerykańską wojnę w Wietnamie. Stąd zapewne traktowanie bohaterów jako zwykłego mięsa armatniego. Są zdegradowani niemal do pozycji nazwisk na liście ocalałych, zabitych, awansowanych, postawionych przed sądem wojennym. To daje mocny efekt i, co ciekawe, sprzyja utożsamianiu się z takimi everymanami, trybikami w maszynie, jednocześnie potęgując napięcie i grozę. W ogóle Wieczna wojna najlepsza jest w tych momentach, kiedy zamienia się w ostrą krytykę ideologii wojny oraz pokazuje jej absurdy. Swój pacyfizm Haldema pokazuje głównie poprzez wyolbrzymienia okrucieństwa wojny. I tak antywojenne przemyślenia Mandelli pojawiają się zupełnie na marginesie, a on sam nie buntuje się wewnętrznie nawet w momencie, gdy życie jego dziewczyny jest zagrożone z powodu pretekstowego wojennego sądu (chodziło o to, aby znaleźć kozła ofiarnego po nieudanej akcji).

 

4. Bardzo słabo wypada u Haldema tworzenie bohaterów. Zacznijmy może od tego, że w powieści w miarę autonomicznie istnieje jedynie dwójka bohaterów Marygay Potter i William Mandella. Reszta postaci to jedynie tło i jeżeli uznać, że ma to podkreślać antywojenną wymowę powieści, to ma to swoje sensowne zastosowanie. Inaczej ma się jednak sprawa z dwójką głównych bohaterów (przy czym Potter to właściwie taki dodatek, niezbędny do zaistnienia wątku romansowego, niż rzeczywiście autonomiczna postać). Są słabo spsychologizowani, wręcz marionetkowi, a cały wątek miłosny, zakończony trudnym do zaakceptowania i bzdurnym happy endem, w najmniejszym stopniu nie pasuje do reszty powieści.

 

5. Powrót na ziemię. Łączy się z wątkiem miłosnym. Po około 50 latach walki w kosmosie ci którzy przeżyli wracają na Ziemię. Szybko okazuje się, że kulturowo i gospodarczo Ziemia uległa daleko idącym zmianom i Mandella i Potter mają problem z adaptacją do nowych warunków. W związku z tym decydują się na stały związek, a następnie powtórne wyruszenie na wojnę. Podczas czytania całego tego fragmentu jedna rzecz mi nie dawał spokoju. To oczywiście wszystko spekulacje, ale zastanawiałem się, jak to jest, że dla głównego bohatera największym problemem jest fakt, że jego 60-letnia matka ma romans z kobietą, a kompletnie nie widać u niego żadnej powojennej traumy??? Ten brak traumy zaskoczył mnie już w momencie, kiedy Mandella usilnie dążył do odnowienia swojego kontaktu z Potter. Pomyślałem sobie, że prawdopodobnie w rzeczywistości unikałby wszystkiego, co by mu przypominało życie w armii i cały wojenny koszmar. Tymczasem Mandella jest niczym czysta kartka. Tego wątku w powieści zwyczajnie nie ma. Bohaterowie nie przeżywają żadnych traum w związku ze swoimi doświadczeniami, a przecież Haldema nie pozbawił ich emocji i krytycznego myślenia, co było wyraźnie zaznaczone we wcześniejszych refleksjach Mandelli o bezsensowności wojny.

 

6. Koncepcje Haldema dotyczące przyszłości ludzkości i Ziemi to zbiór kompletnie nietrafionych przewidywań. W ogóle bawi mnie traktowanie pisarzy s-f jako potencjalnych wizjonerów przyszłości. W większości ich „wizji” chodzi tylko o w miarę wiarygodne i interesujące tło, które ma uprawomocnić fakt, że akcja dzieje się w przyszłości. A jeżeli jakieś przewidywania okażą się prorocze, to jest to raczej wypadek przy pracy, niż dowód na ich niezwykle zdolności przewidywania. Na ileś tam teorii przyszłości kilka z nich musi okazać się w miarę bliska prawdzie. Kwestia prawdopodobieństwa.

 

Cała koncepcja tego, że w przyszłości Ziemię czekają konflikty związane z niedoborem żywności, jak na razie jest totalną bzdurą. Ziemia nie ma problemu z niedoborem żywności, ale ze sposobem jej dzielenia, przez co z jednej strony mamy syty Zachód i głodującą Afrykę. Afryka jednak głoduje z powodu wojen stricte politycznych, a nie z powodu problemów z produkcją żywności. W tym kontekście wszelkie te zamienianie parków w farmy itp. rzeczy można raczej zbyć śmiechem. W ogóle kiepskim pomysłem jest fakt, że ludzkość byłoby stać intelektualnie, technicznie i ekonomicznie na wielką wojnę z Obcymi, a nie stać by było na rozwiązanie problemu głodu na ziemi. Ten wątek z brakiem żywności i przeludnieniem to tylko czyste wmontowanie fobii społecznych 2. połowy XX wieku, a nie jakieś wizjonerskie koncepty.

 

Druga znacznie mniej istotna sprawa, raczej ciekawostka. Przy końcu powieści Mandella, wracając z wojny, zmienia statek kosmiczny w nadziei, że na tamtym będą inne książki, bo te ze swojego już przeczytał. Czytając ten fragment pomyślałem sobie, że to zabawne, że nikomu (chyba) z fantastów nie przyszło do głowy wynalezienie takiego czytnika e-booków. A przecież pomysł zabierania ze sobą tradycyjnych bibliotek na rubieże kosmosu wydaje się dosyć karkołomny.

 

7. Homoseksualizm. Cała ta koncepcja homo w przyszłości ma więcej wspólnego z szokowaniem niż queerowaniem. Haldema nie wyszedł ponad banalny stereotyp - zrównanie homoseksualizmu z bezpłodnością. Doprowadziło to do stwierdzenia, że powszechna akceptacja homoseksualizmu była możliwość z powodu patologicznego przeludnienia Ziemi. Rządowi technokraci potraktowali go jako sposób na przeludnienie. Być może w latach 70' można było wierzyć w tego typu bzdury, ale dzisiaj wiemy, że ważnym elementem emancypacyjnym dla gejów i lesbijek jest ich potrzeba posiadania i wychowania dzieci oraz byciem integralną częścią społeczności heteroseksualnej. W skrócie gejom i lesbijkom nie chodzi o tworzenie getta, czy też, co sugeruje Haldema, zastąpienie heteronormatywności homonormatywnością, a więc raczej mało prawdopodobne, aby homoseksualizm udało się wykorzystać do kontroli przyrostu narodzin. Abstrahując już od małego prawdopodobieństwa i małej opłacalności takiego pomysłu. Haldema utożsamia tutaj homoseksualność z jakimiś autorytarnymi agendami rządowymi, które mogą sterować społeczeństwem zgodnie z własnym widzimisię. Jego stosunek do orientacji homoseksualnej jest bardzo staroświecki i oparty na mitach. Choćby takim, że orientacją seksualną człowieka można swobodnie manipulować.

 

8. Ideologia. Tym samym dochodzimy do największego problemu jaki mam z Wieczną wojną. To znaczy, jeżeli jestem w stanie zaakceptować ją jako udane military s-f i jako w miarę zgrabne, choć niepozbawione wad, czytadło, to nie umiem zaakceptować tej książki na poziomie ideologicznym. Bowiem powieść mimo wielu tropów, że jest inaczej, jednak jest okropnie ksenofobiczna. I nie chodzi mi tylko konkretnie o homofobię. Chociaż tutaj Haldema poczyna sobie podobnie, jak Burgess w swoim Rozpustnym nasieniu Obydwaj panowie utożsamiają homoseksualność ze zmierzchem cywilizacji człowieka, rozpasanym hedonizmem i systemowym nieposiadaniem dzieci, żeby emancypacyjne zdobycze homoseksualistów nie były przypadkiem dowartościowane Haldema kończy swoją książkę stwierdzeniem, że wszyscy homoseksualni bohaterowie mogą spokojnie zmienić swoją orientację na hetero i zamieszkać na heteroseksualnych, tradycyjnych planetach (bo przecież zwyczajne współbytowanie jest niemożliwe, wszyscy muszą być tacy sami). Ewentualnie mogą zamieszkać na planetach sklonowanego Człowieka, któremu orientacja jest obojętna. Nieco upiorna wizja Klonu-Człowieka nie pozostawia wątpliwości, który wybór jest wyborem właściwym i jednocześnie sprowadza homoseksualizm do nieudanych eksperymentów społecznych. Oczywiście główny homoseksualny, pozytywny bohater decyduje się na przemianowanie na hetero przy gorącej aprobacie Mandelli („Zobaczysz, spodoba ci się”). Ostatecznie powieść kończy się informacją o narodzinach dziecka Mandelli i Potter na jednej z tych tradycyjnych planet, które Człowiek-Klon zostawił sobie na wszelki wypadek, gdyby eksperyment z klonowaniem nie wyszedł, a słuszny kierunek rozwoju cywilizacji człowieka zostaje niejako wskazany w epilogu z informacją o narodzinach dziecka tradycyjną metodą.

 

9. Napisałem wyżej, że ksenofobia Haldema to nie tylko homofobia i tak jest rzeczywiście. Doskonale widać to na przykładzie stosunku do Taurończyków. Niby odczuwa się do nich pewną element sympatii i widzi podobieństwa (Oni też zostali zmuszeni do wzięcia udziału w bezsensownej wojnie), ale z drugiej strony przedstawiani są w taki sposób, że raczej wzbudzają lęk i obrzydzenie, niż solidarność. Haldema nie poświęcił Taurończykom ani jednego akapitu (!), ani przez moment (nawet w finale) nie pojawiają się w powieści jako nie-wrogowie. Do samego końca jawią się jako obcy, niepoczytalni i potencjalnie niebezpieczni. Jeżeli weźmiemy pod uwagę postrzeganie książki Haldema jako wolnościowy, antymilitarystyczny manifest, to wydaje się to trochę dziwne, że w swojej własnej książce Haldema nie znalazł miejsca na wartości, w obronie których (teoretycznie) staje jego powieść.

 

10. Sama geneza wojny jest również kompletnie umowna. W końcowych fragmentach powieści Mandella dowiaduje się od Człowieka-Klona, że do wojny doszło przez przypadek. Pierwszy atak nastąpił w wyniku nieporozumienia, a wojna trwała tak długo, bo zuniformizowani Taurończycy nie umieli zrozumieć zindywidualizowanych ludzi. Dopiero, gdy ci zatracili swoją indywidualność i wyewoluowali do poziomu Taurończyków, kontakt był możliwy. Naprawdę nie wiem, czy jakikolwiek czytelnik jest w stanie w nią uwierzyć, inaczej niż na zasadzie głębokiego zawieszenia niewiary. Wynika z tego, że Taurończycy o kilka wieków przewyższali cywilizację człowieka, chociaż w całej powieści nie było ani jednego sygnału, że tak jest.


11. Podsumowując. Tak jak napisałem wyżej, największy problem mam z warstwą ideologiczną tej powieści. Jako ważna, zaangażowana politycznie s-f, Wieczna wojna sprawdza się średnio. Jako popkulturowe czytadło również nie spełnia wszystkich pokładanych w niej nadziei. Przydługie opisy, brak spójnych wątków i słabo napisani bohaterowie. Ostatecznie najlepiej sprawdza się jako trzymające w napięciu military s-f i nic ponadto.

czwartek, 24 maja 2012
W trójcy jedyni. O Równych bogom Isaaca Asimova
Powieść Równi bogom Isaaca Asimova została skomponowana jako literacki tryptyk. Akcja pierwszej części rozgrywa się na Ziemi, drugiej — na pozostającym w kontakcie z naszym wszechświatem świecie równoległym, trzeciej — na Księżycu. Warunki życia Lunarian i relacje między nimi zostały przedstawione dość szczegółowo, warto kiedyś przyjrzeć się temu światu bliżej także w kontekście innych literackich prezentacji księżycowych (albo postkatastroficznych: te sieci podziemnych korytarzy są naprawdę interesujące) realiów. Jednak tutaj chciałabym skupić się — i to bardziej pod kątem rozmaitych genderyzmów niż queeryzmów — jedynie na paraświecie i zamieszkujących go istotach. Istotach, które wprawdzie ciekawią, ale których rozterki trudno traktować całkiem serio.
wtorek, 15 maja 2012
Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności" - seks rządzi wszystkim...

Kolejna książka osadzona w świecie Hain. A tak zupełnie różna od poprzednich. „Lewa ręka…” to już nie baśniowe fanasy z elementami science-fiction, to nie wędrówka po postapokaliptycznej Ziemi podbitej przez Shinga. To książka znacznie bardziej dojrzała, mądrzejsza i poruszająca zupełnie inną tematykę, to niemalże esej socjologiczny i etnograficzny.


„Lewa ręka…” to laureatka nagród Nebula i Hugo, (podobnie jak ”Równi bogom”), ale gdybym miał porównywać te dwie książki to zdecydowanie i to w przedbiegach zwyciężyłaby „Lewa ręka…” Na potrzeby tej recenzji założę, że większość, która trafiła na mojego bloga i na Fantastykon „Lewą rękę…” przeczytała. Ale zrobię również małe wprowadzenie. Gethen to świat, na którym istnieje cywilizacja istot humanoidalnych, w której nie ma podziału na płcie. Przez większą część pozostają bezpłciowi i tylko przez kilka dni w miesiącu są aktywni płciowo. Z czego mogą być albo kobietą albo mężczyzną. I na ten świat przybywa wysłannik Ekumeny czyli Ligi Światów by im zaoferować współpracę. Jego oczyma i nie tylko jego poznajemy to zadziwiające społeczeństwo.


Co napędza cywilizację, rodzi postęp technologiczny i sprawia, że ludzie wciąż pragną czegoś więcej. Chcą robić rzeczy szybciej, lepiej, z większym rozmachem? Co jest tą siłą napędową ludzkości? Odpowiedzi na to pytanie będzie tak wiele, jak wiele jest dziedzin nauki i ludzi. Sprawa jest bardzo skomplikowana i nie do opisania w jednym wpisie. Jako, że naukowcem nie jestem będę mógł sobie pozwolić na ogromne uproszczenia w moim tekście. Co sprawiło i sprawia, że ludzie wymyślają coraz to nowe wynalazki i rozwiązania technologiczne. Nie poprzestają na jednych osiągnięciach i chcą mieć więcej i więcej. Zarówno jako pojedynczy osobnicy jak i jako cały gatunek. Uwaga! Będzie pierwsze uproszczenie: popęd płciowy. Libido jako forma energii psychicznej, która pcha nas do przodu, zmusza do popełniania różnych czynów a wszystko to w celu zdobycia partnera seksualnego! Cały czas obecna, praktycznie nie uśpiona. Dwadzieścia cztery godziny na dobę zarówno kobiety jak i mężczyźni myślą o seksie (uproszczenie numer 2). I dla tego seksu, dla tej obietnicy seksu potrafią wszczynać wojny, zabijać, kraść, wreszcie czynić dobro.


Uproszczenie numer 3. Wojna. Na Gethen nie ma wojen. Są zabójstwa, bójki, rodowe waśnie, ale nie ma wojen w naszym ziemskim rozumieniu tego słowa. Jest nienawiść, jest miłość, ale dotyka ona ludzi w sposób osobisty, nie ma nienawiści do jakiegoś narodu, państwa, idei. Takie uogólnienia są Getheńczykom obce. Jeśli występuje tam patriotyzm to w jak najbardziej pierwotnej, lokalnej formie. Patriotyzm rozumiany poprzez miłość do domu rodzinnego, okolic w których się dorastało, a nie do kraju, którego granice nakreślone są na mapie. Książka Le Guin została wydana w czasie, gdy na naszej własnej planecie dwa mocarstwa w każdej chwili mogły doprowadzić do wojny totalnej, do anihilacji ludzkiej rasy. I nie wiem dlaczego piszę w czasie przeszłym. Dwa mocarstwa i nie tylko owe dwa, wciąż mogą doprowadzić do wspomnianej już przez mnie anihilacji. Dlatego opisanie świata, w którym choć są różne organizmy państwowe, a nie ma wojen wywołało swego czasu taką sensację.


Getheńczycy są najprawdopodobniej wynikiem eksperymentów genetycznych prowadzonych przez starożytnych mieszkańców planety Hain. Nikt nie wie w jakim celu stworzono Getheńczyków, o ile ich stworzono. Genly Ai myśli, że może chodziło o wykreowanie społeczeństwa pozbawionego wojen. Ale czy rzeczywiście jedyną przyczyną braku wojen na Gethen jest brak płci? Aby to zrozumieć należy wiedzieć, że Getheńczycy mimo tego, że przez większą część miesiąca są nieaktywni i obojętni seksualnie oraz nie istnieje wśród nich podział na płeć, to przez kilka dni podczas kemmeru to jest fazy podobnej do rui u zwierząt, nadrzędnym celem, absolutnie zwyciężającym wszystkie inne jest znalezienie partnera. Dlatego na Gethen są specjalne domy, w których można spędzić kilka dni kemmeru, by oddać się  miłości. Rozwiązłość seksualna jest tam w pełni akceptowana, ale tylko podczas kemmeru i zresztą występuje ona tylko podczas tej fazy. Dlatego moim zdaniem ciężko jest prowadzić wojnę z armią, w której nagle część twoich żołnierzy zamiast walczyć z przeciwnikami rzuci się na nich w miłosnym szale i zamiast orgii krwi będzie orgia miłości i to za obopólną zgodą. Gdyż na Gethen nie ma gwałtów, są one fizycznie i biologicznie niemożliwe. Ten stan kemmeru to jedna z bardzo ważnych, prozaicznych przyczyn z powodu których nie ma wojen na Gethen.


Wysłannik Ekumeny Genly Ai przebywał również w obozach pracy, założonych przez państwo Orgoryen. Tam poddawany był działaniu środków farmakologicznych i hormonalnych tak jak inni skazani. Środki owe blokowały fazę kemmeru wśród rodowitych mieszkańców Gethen. I sprawiały, że stawali się gnuśni i otępiali. „Byli wyprani z seksu jak wałachy. Byli pozbawieni wstydu i pożądania jak anioły. Ale to nie jest ludzkie, żeby nie znać wstydu i pożądania”. Czyli wracamy do popędu płciowego, który na Gethen jest ściśle związany z cyklem biologicznym. Ale nawet taki popęd sprawia, że Getheńczycy są ludźmi. Moje uproszczenie się sprawdza – seks rządzi wszystkim. A na Gethen rządzi wszystkim w jeszcze większym stopniu niż na Ziemi. My ludzie podzieleni na płcie może i ulegamy popędowi, ale możemy go kontrolować. Możemy nie reagować na bodźce seksualne choćby nie wiem jak silne były (ja wiem, że to bardzo trudne jest). Getheńczycy pozbawieni byli tej możliwości.


Genly Ai opisuje cywilizację Getheńczyków jako determinowaną przez okrutne warunki świata Gethen, który nazwany został przez zwiadowców Ekumeny Zimą. Choć Gehteńczycy osiągnęli dość znaczny poziom rozwoju nie było u nich żadnego skoku cywilizacyjnego. Nowoczesne wynalazki sąsiadują obok tradycyjnych urządzeń i nie ma żadnego konfliktu między tym co dawniej, a tym co teraz. Jedną z przyczyn na pewno jest świat, z którym nie wygrasz. Albo się dostosujesz, albo Zima się zmiażdży. Drugą może być z kolei ów kemmer. Skoro cały system społeczny podporządkowany jest temu cyklowi, a system funkcjonuje skutecznie od wieków to po co go zmieniać? Kemmeru nie przeskoczysz, choć i to zaczęło się na Gethen zmieniać wraz z pojawieniem się antykoncepcji i środków hormonalnych. Co do antykoncepcji i rozmnażania– wyobrażacie sobie sytuację w której to jeden osobnik może być zarówno matką jak i ojcem swoich dzieci? Jaka to gama przeżyć psychicznych i tak dalej i tak dalej. Dla mnie sytuacja zupełnie abstrakcyjna i nie do wyobrażenia.

Można jeszcze napisać o braku społecznych oczekiwań wobec osobników ze względu na płeć. Na Gethen nie oceniają Cię przez pryzmat tego kim masz być, ale patrzą na takiego jakim jesteś. Nie ma żadnych oczekiwań co do roli społecznej, jaką masz spełniać, bo możesz być zarówno matką  jak i ojcem!


„Lewa ręka…” to książka którą można interpretować na mnóstwo sposobów. Daje mnóstwo wrażeń, oprócz tych czysto literackich jak pięknie opisany świat planety Gethen po te głębsze, metafizyczne i moralne. Książka nic nie straciła od momentu wydania. Wciąż mnóstwo w niej trafnych obserwacji kulturowych i społecznych.

poniedziałek, 14 maja 2012
Isaac Asimov "Równi bogom"... albo blobom...

Szczerość to podstawa i przyznam się, spodziewałem się zupełnie czegoś innego. Nastawiłem się na opowieść o trzech różnych płciach, równoległych światach i podobno bardzo nowatorską i orzeźwiającą. Tak przynajmniej wyczytałem coś w sieci. Tak mogło być w latach siedemdziesiątych, kiedy książka została wydana. Dostałem książkę składającą się z trzech części, którą czytało się ciekawie, ale zupełnie bez szału, mocno nijaką.


Napiszę trochę o fabule, bo uważam, że takie wprowadzenie jest konieczne. Pierwsza część w książce jest zatytułowana „Przeciw głupocie…”. Nieokreślona przyszłość, ludzie dzięki przypadkowi nawiązują kontakt z równoległym światem i zaczynają się z tym światem wymieniać energią. Dzięki temu ludzkość zyskała niewyczerpane źródło energii. Młody naukowiec zawzięty na kolesia nazywanego Ojcem Pompy Elektronowej (to owo niewyczerpane źródło energii) odkrywa, że owo błogosławieństwo może zagrozić istnieniu całego wszechświata. Popada więc w konflikt z Ojcem Pompy Elektronowej i nikt nie traktuje jego ostrzeżeń poważnie. Dotyka go coraz większy ostracyzm ze strony środowiska naukowego. Asimov chciał przestrzec przed krótkowzrocznością zarówno rządzących jak i naukowców. Ludzie odpowiedzialni za losy Ziemi nie chcą przyjąć do wiadomości, że Pompa Elektronowa będąca źródłem samych łask (choć na początku wywołała załamanie gospodarcze na Ziemi), że ta fontanna darmowej energii może w przyszłości zniszczyć Ziemię. Pierwsza część dyskredytuje środowisko naukowców, jako ludzi żądnych sławy, władzy i pieniędzy. Dla mnie oczywiste analogie do energii jądrowej, która w latach siedemdziesiątych zaczęła być wykorzystywana na ogromną skalę.


Druga część pt. „…nawet bogowie…” jest już trochę ciekawsza. Świat równoległy różni się znacząco od Ziemi i jest zasiedlony przez dwa „gatunki” stworzeń inteligentnych.  Tak zwanych Twardych i Miękkich. Miękcy z kolei dzielą się na trzy rodzaje/płcie – Racjonałów, Emocjonałów i Rodzicieli. Istoty te są dość specyficzne – żywią się energią słoneczną, Miękcy przypominają obłoki gazu lub galaretowate bloby (przynajmniej ja tak to sobie wyobrażałem). Dość ciekawy pomysł, którego moim zdaniem Asimov nie wykorzystał do końca. Równoległy świat dogorywa, coraz mniej światła i coraz mniej pożywienia. W końcu nawiązują kontakt z Ziemią i wymieniają się energią. To pozwala im przetrwać. Lecz jeden z Emocjonałów odkrywa zagrożenie ze strony źródła energii z Ziemi. Ale Twardzi, którzy są dominującą rasą/gatunkiem ignorują zagrożenia i świadomie dążą do zagłady Ziemi. Emocjonał Duo próbuje temu przeciwdziałać.


Miękkcy to specyficzna forma istnienia. Każda z trzech płci ma określone cechy i przeznaczona jest do określonych funkcji. Racjonałowie to uczeni, którzy są racjonalni (zaskoczenie?), inteligentni - typ naukowców. Emocjonałowie to trzpiotki, damulki, lekkie, zwiewne i głupie. Mają służyć jako dopełnienie rozkoszy podczas zespolenia wszystkich trzech płci. Rodziciele to odpowiedzialni, przejawiający instynkt macierzyński osobnicy, ale za to strasznie głupi. Każde z nich dobiera się w triady i płodzi trójkę takich samych dzieci. I choć mimo pewnego nowatorstwo jeśli chodzi o sposób odżywiania i płodzenia potomstwa to właśnie ziemski podział na cechy, charaktery i role społeczne zburzył mi obraz dość interesującego społeczeństwa i wizji świata równoległego. A i sam proces zespalania jest opisany dość prozaicznie. Bohaterowie ze świata równoległego to Racjonał Odin, który jest mocno konserwatywny, pruderyjny.  Rodziciel Tritt z kolei nic tylko cały czas by się zespalał. A Emocjonał Duo jest Emocjonałem dziwnym, bo inteligentnym i chcącym się uczyć. Moim zdaniem przypominała trochę feministkę.


Role społeczne, zachowania emocjonalne, konserwatyzm są takie same jak nasze ziemskie. Można ewentualnie zwrócić uwagę na to, że triada Odina, Tritta i Duo różni się trochę od innych triad. Duo jest inteligentna i chce się uczyć, nie odnajduje przyjemności w towarzystwie reszty plotkarskich Emocjonałów.A Tritt potrafił się wykazać ogromną odwagą jak na Rodziciela.


Trzecia część „…na próżno walczą?” zabiera nas znowu na Ziemię, a dokładniej na Księżyc, który jest ziemską kolonią. Władze Ziemi nie darzą jednak zbytnim zaufaniem książycowców i vice – versa. Mamy tutaj klasyczny konflikt między kolonią a metropolią. Księżycowi ludzie wiodą żywot zupełnie inny od Ziemian. Mają znacznie luźniejsze stosunki społeczne i obyczajowe. Nie panuje tutaj taka pruderyjność i skrępowanie moralne. Zapamiętałem jedno zdanie, które wypowiada Selene, że w warunkach sztucznego ekosystemu Księżyca zbędne są ubrania, bo nie mają, przed czym chronić. I tak jest w istocie. Lunarianie chodzą sobie nago, bądź praktycznie nago. Zawierają wolne związki, i dość swobodnie postępują w sprawach seksu. Co peszy ziemskiego naukowca Denisona. Co do fabuły to mamy spisek przeciw Ziemi, znaczące odkrycie naukowe, które ratuje nasz Wszechświat i pomysł, aby Księżyc odleciał w Kosmos.


„Równi bogom” to dziwna książka. Nie porywa, nie powala na kolana. Dobrze się czyta, ale moim zdaniem trochę już się zdewaluowała w czasie. Pierwszą część można uznać za swojego rodzaju manifest i apel o zdrowy rozsądek skierowany do rządzących i naukowców. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że książka, choć należy do science – fiction była i jest mocno osadzona w swoim czasie i w problemach lat siedemdziesiątych. Przeszkadzało mi to i to bardzo. Druga część z pozoru najciekawsza nużyła mnie. Podczas lektury miałem przed oczyma galaretowate bloby ocierające się o siebie (nie wiem co ze mną nie tak:), ale ocierające się w sposób bardzo konserwatywny i pruderyjny! Trzecia część podawała dość ciekawe rozwiązania społeczne. Mieszkańcy Księżyca nie tęsknią za Ziemią, nie potrzebują nieba, wiatru, trawy. Zdają sobie sprawę, że ich życie będzie przebiegać w ekosystemie zamkniętym, w którym wiele ziemskich przyzwyczajeń, zachowań nie ma racji bytu. Trzecia część mogła najbardziej zwrócić uwagę jeśli chodzi o nasze wyzwanie. Z racji opisania dość swobodnych księżycowych obyczajów, które tak bardzo drażniły mieszkańców Ziemi.

 

P. S. "Przeciw głupocie nawet bogowie na próżno walczą?"

środa, 09 maja 2012
Johanna Sinisalo – Nie przed zachodem słońca - recenzja 3 (cedro)

Na początek chciałbym podziękować za inspirację ninedin i Paulinie Szkudlarek za inspirację ich recenzjami Sinisalo, bo jakoś nie miałem pomysłu od której strony ugryźć powieść o trollu, a dzięki ich przemyśleniom skrystalizowały się również moje.

 

***

  

Powieść gejowska plus fantasy, do tego queerowanie trolla i bonusowo - smutna historia Palomity, młodej Filipinki, sprzedanej przez własną rodzinę brutalnemu bucowi, który zamienił ją w seksualną niewolnicę. To wszystko zmieściła w swojej niedługiej powieści fińska pisarka, opowiadając historię Pessiego - Trolla-dziecka, który trafia, pod opiekuńcze skrzydła Mikaela, zblazowanego, egocentrycznego fotografa z wielkiego miasta. Wydawać by się mogło, że gorzej nie mógł trafić. A jednak Mikael ze swoim hedonistycznym podejściem do życia, doskonale odnajduje się w ekstremalnej sytuacji. Zapewne wiele w tym z potrzeby nowych wrażeń, których Pessi, jako poznawczo kompletnie dziewiczy teren, mu dostarcza. Mikael do tej pory zajęty zarabianiem pieniędzy i uwodzeniem innych mężczyzn kompletnie zatraca się w nowej roli. Relacja na linii Mikael-Pessi bynajmniej nie jest czysta. Mężczyzna nie do końca wie, jak ma traktować swojego podopiecznego. Jako trochę bardziej egzotycznego szczeniaka? Inteligentnego i w pewien sposób „równego mu” Obcego, czy wreszcie jako obiekt seksualny? Bo młody Troll produkuje silnie oddziałujący na otoczenie zapach, który wywołuje u Mikaela erotyczne podniecenie i który rykoszetem odbija się na otoczeniu Mikaela. Mężczyzna staje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Sinisalo nie decyduje się jednak na kompletną transgresję. Mikael swoje napięcie seksualne wyładowuje w przypadkowym związku z Eckem. Eck do tej pory outsider, niewystarczająco atrakcyjny, jak na standardy klubowej, wielkomiejskiej subkultury, wkrótce zostanie ukarany za swoje spełnione zauroczenie, bo Mikael jest raczej typem męskiego odpowiednika femme fatale, niż księcia na białym koniu. Swoich kochanków traktuje instrumentalnie i sam w pewnym momencie również zostanie w ten sposób potraktowany. Na szczęście dla Mikaela, Pessi okaże się dla niego nie tylko egzotyczną zabawką i wyzwaniem pedagogicznym, ale też furtką do zupełnie nowego, baśniowego świata. Tym samym kiedy rzeczywistość stanie się wyjątkowo opresyjna, będzie mógł uciec, pozwalając sobie w pewnym sensie na komfort niepłacenia za własne błędy i przewinienia.

 

I właśnie to subtelne (w porównanie do tradycyjnego fantasy) wprowadzenie baśniowości i ludowej mitologii do zwyczajnej powieści obyczajowej było dla mnie w powieści Sinisalo najciekawsze. Sinisalo przeplata i uzupełnia fabułę (opieka nad Pessim i wynikłe z tego problemy) fragmentami prawdziwych i nieprawdziwych utworów literackich, naukowych na temat istnienia i klasyfikacji trolli. Autorka gra z czytelnikiem, prowokując do zawieszenia niewiary i do bawienia się w owo zawieszanie, co jakiś czas „udowadniając” istnienie Trolli w świecie przedstawionym i pokazując, w jaki sposób te tajemnicze stworzenia w nim funkcjonują. Cały myk polega na tym, że Sinisalo jest w swoim udawaniu wyjątkowo przekonywująca. A do tego dochodzi, coś, co kompletnie mnie w Nie przed zachodem słońca uwiodło, czyli warstwowe odkrywanie tajemnicy. To warstwowe odkrywanie tajemnicy, poukrywanej gdzieś w skandynawskich lasach, podziałało na moją wyobraźnię zupełnie tak samo, jak w przypadku Skradzionego Dziecka Donohue Keitha. W obydwu książkach chodzi o skonstruowaniu na bazie ludowej demonologii bastionu niezwykłości, nieodkrytej jeszcze przez cywilizację człowieka przedchrześcijańskiego świata, w którym życie jest mocno związane z naturą.

 

W gruncie rzeczy wiele w tym z horrorowej koncepcji odkrywania prawdziwej, groźnej natury zła, poukrywanej gdzieś w bezpiecznym świecie ludzi. Z tą różnicą, że u Sinisalo źli są raczej ludzie. Świetnie widać to w tych skrawkach telewizyjno-prasowych, które pojawiają się w powieści. Obraz jaki się z nich jawi jest dość przygnębiający, dominują akcenty militarystyczne i apokaliptyczne (zapowiadany konflikt z trollami, katastrofa ekologiczna [ocieplenie klimatu]). Poza tym bohaterowie skonstruowani są tak, że raczej ich się nie lubi. Trudno bowiem mimo wszystko o sympatię w stosunku do infantylnego Mikaela. Nie mówiąc już o nieco demonicznym Martesie, który nosi w sobie znamiona konwencjonalnego schwarz-charakteru. Jego działania mają doprowadzić do upadku pozytywnego bohatera (przy czym chodzi mi raczej o Pessiego, niż Mikaela). Nie mówiąc już o okrutnym mężu Palomity. Jeżeli już z kims się utożsamiamy to właśnie z tymi bohaterami, którzy zostają zmuszeni do egzystowania gdzieś na obrzeżach świata i którzy z różnych powodów zostali zamknięci i odcięci od możliwości zaznania szczęścia i wolności. Chodzi oczywiście o Palomitę i Pessiego, ale też o Ecka, który nie potrafi się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości. Wszyscy oni są, każdy na swój sposób, samotni i porzuceni. Palomita i Pessi przez własne rodziny, Eck przez innych mężczyzn, których nie jest w stanie sobą zainteresować. Pojawia się więc nadzieja, że skoro tutaj jest tak źle, to być może gdzie indziej jest lepiej. I w tym miejscu rozpoczyna się wielka saga o spotkaniu dwóch, mieszkających obok siebie, inteligentnych gatunków. Skojarzenia z Planetą małp, jak najbardziej na miejscu. Zwłaszcza z analogicznym do Pessiego i Mikaela wątkiem Cezara i jego opiekuna z Genezy planety małp.

 

Sinisalo napisała więc sobie powieść, w której dość ambitnie podeszła do tematu Obcego. Przede wszystkim uniknęła banału, osadzając fabułę wśród już wykluczonych i pokazała jak zabawnie zmienna jest sytuacja w zależności od perspektywy. Finał powieści zapowiada zamianę miejsc pomiędzy Mikaelem i Pessim. Teraz to Mikael będzie obcym. Dodatkowo wielogłosowość po jaką sięgnęła, aby pokazać złożoność i wieloznaczność opowiadanej historii, świetnie sprawdziła się jako metoda na dozowanie informacje i tym samym spiętrzenie tajemniczości.

 

Gdybym miał osadzić Nie przed zachodem słońca w jakimś literackim kontekście, to wymieniłbym chyba Dziecko Rosemary. Głównie dlatego, że w obydwu powieściach mieszkanie w wielkim mieści zostało przedstawione jako pełen emocji i tajemnic labirynt, w którym łatwo jest się ukryć przed resztą świata i pielęgnować swój „niemoralny” sekret.

Wyzwanie Steampunk:

Wyzwanie Queer: