Kategorie: Wszystkie | Dyskusje | Recenzje | Varia
RSS
wtorek, 15 maja 2012
Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności" - seks rządzi wszystkim...

Kolejna książka osadzona w świecie Hain. A tak zupełnie różna od poprzednich. „Lewa ręka…” to już nie baśniowe fanasy z elementami science-fiction, to nie wędrówka po postapokaliptycznej Ziemi podbitej przez Shinga. To książka znacznie bardziej dojrzała, mądrzejsza i poruszająca zupełnie inną tematykę, to niemalże esej socjologiczny i etnograficzny.


„Lewa ręka…” to laureatka nagród Nebula i Hugo, (podobnie jak ”Równi bogom”), ale gdybym miał porównywać te dwie książki to zdecydowanie i to w przedbiegach zwyciężyłaby „Lewa ręka…” Na potrzeby tej recenzji założę, że większość, która trafiła na mojego bloga i na Fantastykon „Lewą rękę…” przeczytała. Ale zrobię również małe wprowadzenie. Gethen to świat, na którym istnieje cywilizacja istot humanoidalnych, w której nie ma podziału na płcie. Przez większą część pozostają bezpłciowi i tylko przez kilka dni w miesiącu są aktywni płciowo. Z czego mogą być albo kobietą albo mężczyzną. I na ten świat przybywa wysłannik Ekumeny czyli Ligi Światów by im zaoferować współpracę. Jego oczyma i nie tylko jego poznajemy to zadziwiające społeczeństwo.


Co napędza cywilizację, rodzi postęp technologiczny i sprawia, że ludzie wciąż pragną czegoś więcej. Chcą robić rzeczy szybciej, lepiej, z większym rozmachem? Co jest tą siłą napędową ludzkości? Odpowiedzi na to pytanie będzie tak wiele, jak wiele jest dziedzin nauki i ludzi. Sprawa jest bardzo skomplikowana i nie do opisania w jednym wpisie. Jako, że naukowcem nie jestem będę mógł sobie pozwolić na ogromne uproszczenia w moim tekście. Co sprawiło i sprawia, że ludzie wymyślają coraz to nowe wynalazki i rozwiązania technologiczne. Nie poprzestają na jednych osiągnięciach i chcą mieć więcej i więcej. Zarówno jako pojedynczy osobnicy jak i jako cały gatunek. Uwaga! Będzie pierwsze uproszczenie: popęd płciowy. Libido jako forma energii psychicznej, która pcha nas do przodu, zmusza do popełniania różnych czynów a wszystko to w celu zdobycia partnera seksualnego! Cały czas obecna, praktycznie nie uśpiona. Dwadzieścia cztery godziny na dobę zarówno kobiety jak i mężczyźni myślą o seksie (uproszczenie numer 2). I dla tego seksu, dla tej obietnicy seksu potrafią wszczynać wojny, zabijać, kraść, wreszcie czynić dobro.


Uproszczenie numer 3. Wojna. Na Gethen nie ma wojen. Są zabójstwa, bójki, rodowe waśnie, ale nie ma wojen w naszym ziemskim rozumieniu tego słowa. Jest nienawiść, jest miłość, ale dotyka ona ludzi w sposób osobisty, nie ma nienawiści do jakiegoś narodu, państwa, idei. Takie uogólnienia są Getheńczykom obce. Jeśli występuje tam patriotyzm to w jak najbardziej pierwotnej, lokalnej formie. Patriotyzm rozumiany poprzez miłość do domu rodzinnego, okolic w których się dorastało, a nie do kraju, którego granice nakreślone są na mapie. Książka Le Guin została wydana w czasie, gdy na naszej własnej planecie dwa mocarstwa w każdej chwili mogły doprowadzić do wojny totalnej, do anihilacji ludzkiej rasy. I nie wiem dlaczego piszę w czasie przeszłym. Dwa mocarstwa i nie tylko owe dwa, wciąż mogą doprowadzić do wspomnianej już przez mnie anihilacji. Dlatego opisanie świata, w którym choć są różne organizmy państwowe, a nie ma wojen wywołało swego czasu taką sensację.


Getheńczycy są najprawdopodobniej wynikiem eksperymentów genetycznych prowadzonych przez starożytnych mieszkańców planety Hain. Nikt nie wie w jakim celu stworzono Getheńczyków, o ile ich stworzono. Genly Ai myśli, że może chodziło o wykreowanie społeczeństwa pozbawionego wojen. Ale czy rzeczywiście jedyną przyczyną braku wojen na Gethen jest brak płci? Aby to zrozumieć należy wiedzieć, że Getheńczycy mimo tego, że przez większą część miesiąca są nieaktywni i obojętni seksualnie oraz nie istnieje wśród nich podział na płeć, to przez kilka dni podczas kemmeru to jest fazy podobnej do rui u zwierząt, nadrzędnym celem, absolutnie zwyciężającym wszystkie inne jest znalezienie partnera. Dlatego na Gethen są specjalne domy, w których można spędzić kilka dni kemmeru, by oddać się  miłości. Rozwiązłość seksualna jest tam w pełni akceptowana, ale tylko podczas kemmeru i zresztą występuje ona tylko podczas tej fazy. Dlatego moim zdaniem ciężko jest prowadzić wojnę z armią, w której nagle część twoich żołnierzy zamiast walczyć z przeciwnikami rzuci się na nich w miłosnym szale i zamiast orgii krwi będzie orgia miłości i to za obopólną zgodą. Gdyż na Gethen nie ma gwałtów, są one fizycznie i biologicznie niemożliwe. Ten stan kemmeru to jedna z bardzo ważnych, prozaicznych przyczyn z powodu których nie ma wojen na Gethen.


Wysłannik Ekumeny Genly Ai przebywał również w obozach pracy, założonych przez państwo Orgoryen. Tam poddawany był działaniu środków farmakologicznych i hormonalnych tak jak inni skazani. Środki owe blokowały fazę kemmeru wśród rodowitych mieszkańców Gethen. I sprawiały, że stawali się gnuśni i otępiali. „Byli wyprani z seksu jak wałachy. Byli pozbawieni wstydu i pożądania jak anioły. Ale to nie jest ludzkie, żeby nie znać wstydu i pożądania”. Czyli wracamy do popędu płciowego, który na Gethen jest ściśle związany z cyklem biologicznym. Ale nawet taki popęd sprawia, że Getheńczycy są ludźmi. Moje uproszczenie się sprawdza – seks rządzi wszystkim. A na Gethen rządzi wszystkim w jeszcze większym stopniu niż na Ziemi. My ludzie podzieleni na płcie może i ulegamy popędowi, ale możemy go kontrolować. Możemy nie reagować na bodźce seksualne choćby nie wiem jak silne były (ja wiem, że to bardzo trudne jest). Getheńczycy pozbawieni byli tej możliwości.


Genly Ai opisuje cywilizację Getheńczyków jako determinowaną przez okrutne warunki świata Gethen, który nazwany został przez zwiadowców Ekumeny Zimą. Choć Gehteńczycy osiągnęli dość znaczny poziom rozwoju nie było u nich żadnego skoku cywilizacyjnego. Nowoczesne wynalazki sąsiadują obok tradycyjnych urządzeń i nie ma żadnego konfliktu między tym co dawniej, a tym co teraz. Jedną z przyczyn na pewno jest świat, z którym nie wygrasz. Albo się dostosujesz, albo Zima się zmiażdży. Drugą może być z kolei ów kemmer. Skoro cały system społeczny podporządkowany jest temu cyklowi, a system funkcjonuje skutecznie od wieków to po co go zmieniać? Kemmeru nie przeskoczysz, choć i to zaczęło się na Gethen zmieniać wraz z pojawieniem się antykoncepcji i środków hormonalnych. Co do antykoncepcji i rozmnażania– wyobrażacie sobie sytuację w której to jeden osobnik może być zarówno matką jak i ojcem swoich dzieci? Jaka to gama przeżyć psychicznych i tak dalej i tak dalej. Dla mnie sytuacja zupełnie abstrakcyjna i nie do wyobrażenia.

Można jeszcze napisać o braku społecznych oczekiwań wobec osobników ze względu na płeć. Na Gethen nie oceniają Cię przez pryzmat tego kim masz być, ale patrzą na takiego jakim jesteś. Nie ma żadnych oczekiwań co do roli społecznej, jaką masz spełniać, bo możesz być zarówno matką  jak i ojcem!


„Lewa ręka…” to książka którą można interpretować na mnóstwo sposobów. Daje mnóstwo wrażeń, oprócz tych czysto literackich jak pięknie opisany świat planety Gethen po te głębsze, metafizyczne i moralne. Książka nic nie straciła od momentu wydania. Wciąż mnóstwo w niej trafnych obserwacji kulturowych i społecznych.

poniedziałek, 14 maja 2012
Isaac Asimov "Równi bogom"... albo blobom...

Szczerość to podstawa i przyznam się, spodziewałem się zupełnie czegoś innego. Nastawiłem się na opowieść o trzech różnych płciach, równoległych światach i podobno bardzo nowatorską i orzeźwiającą. Tak przynajmniej wyczytałem coś w sieci. Tak mogło być w latach siedemdziesiątych, kiedy książka została wydana. Dostałem książkę składającą się z trzech części, którą czytało się ciekawie, ale zupełnie bez szału, mocno nijaką.


Napiszę trochę o fabule, bo uważam, że takie wprowadzenie jest konieczne. Pierwsza część w książce jest zatytułowana „Przeciw głupocie…”. Nieokreślona przyszłość, ludzie dzięki przypadkowi nawiązują kontakt z równoległym światem i zaczynają się z tym światem wymieniać energią. Dzięki temu ludzkość zyskała niewyczerpane źródło energii. Młody naukowiec zawzięty na kolesia nazywanego Ojcem Pompy Elektronowej (to owo niewyczerpane źródło energii) odkrywa, że owo błogosławieństwo może zagrozić istnieniu całego wszechświata. Popada więc w konflikt z Ojcem Pompy Elektronowej i nikt nie traktuje jego ostrzeżeń poważnie. Dotyka go coraz większy ostracyzm ze strony środowiska naukowego. Asimov chciał przestrzec przed krótkowzrocznością zarówno rządzących jak i naukowców. Ludzie odpowiedzialni za losy Ziemi nie chcą przyjąć do wiadomości, że Pompa Elektronowa będąca źródłem samych łask (choć na początku wywołała załamanie gospodarcze na Ziemi), że ta fontanna darmowej energii może w przyszłości zniszczyć Ziemię. Pierwsza część dyskredytuje środowisko naukowców, jako ludzi żądnych sławy, władzy i pieniędzy. Dla mnie oczywiste analogie do energii jądrowej, która w latach siedemdziesiątych zaczęła być wykorzystywana na ogromną skalę.


Druga część pt. „…nawet bogowie…” jest już trochę ciekawsza. Świat równoległy różni się znacząco od Ziemi i jest zasiedlony przez dwa „gatunki” stworzeń inteligentnych.  Tak zwanych Twardych i Miękkich. Miękcy z kolei dzielą się na trzy rodzaje/płcie – Racjonałów, Emocjonałów i Rodzicieli. Istoty te są dość specyficzne – żywią się energią słoneczną, Miękcy przypominają obłoki gazu lub galaretowate bloby (przynajmniej ja tak to sobie wyobrażałem). Dość ciekawy pomysł, którego moim zdaniem Asimov nie wykorzystał do końca. Równoległy świat dogorywa, coraz mniej światła i coraz mniej pożywienia. W końcu nawiązują kontakt z Ziemią i wymieniają się energią. To pozwala im przetrwać. Lecz jeden z Emocjonałów odkrywa zagrożenie ze strony źródła energii z Ziemi. Ale Twardzi, którzy są dominującą rasą/gatunkiem ignorują zagrożenia i świadomie dążą do zagłady Ziemi. Emocjonał Duo próbuje temu przeciwdziałać.


Miękkcy to specyficzna forma istnienia. Każda z trzech płci ma określone cechy i przeznaczona jest do określonych funkcji. Racjonałowie to uczeni, którzy są racjonalni (zaskoczenie?), inteligentni - typ naukowców. Emocjonałowie to trzpiotki, damulki, lekkie, zwiewne i głupie. Mają służyć jako dopełnienie rozkoszy podczas zespolenia wszystkich trzech płci. Rodziciele to odpowiedzialni, przejawiający instynkt macierzyński osobnicy, ale za to strasznie głupi. Każde z nich dobiera się w triady i płodzi trójkę takich samych dzieci. I choć mimo pewnego nowatorstwo jeśli chodzi o sposób odżywiania i płodzenia potomstwa to właśnie ziemski podział na cechy, charaktery i role społeczne zburzył mi obraz dość interesującego społeczeństwa i wizji świata równoległego. A i sam proces zespalania jest opisany dość prozaicznie. Bohaterowie ze świata równoległego to Racjonał Odin, który jest mocno konserwatywny, pruderyjny.  Rodziciel Tritt z kolei nic tylko cały czas by się zespalał. A Emocjonał Duo jest Emocjonałem dziwnym, bo inteligentnym i chcącym się uczyć. Moim zdaniem przypominała trochę feministkę.


Role społeczne, zachowania emocjonalne, konserwatyzm są takie same jak nasze ziemskie. Można ewentualnie zwrócić uwagę na to, że triada Odina, Tritta i Duo różni się trochę od innych triad. Duo jest inteligentna i chce się uczyć, nie odnajduje przyjemności w towarzystwie reszty plotkarskich Emocjonałów.A Tritt potrafił się wykazać ogromną odwagą jak na Rodziciela.


Trzecia część „…na próżno walczą?” zabiera nas znowu na Ziemię, a dokładniej na Księżyc, który jest ziemską kolonią. Władze Ziemi nie darzą jednak zbytnim zaufaniem książycowców i vice – versa. Mamy tutaj klasyczny konflikt między kolonią a metropolią. Księżycowi ludzie wiodą żywot zupełnie inny od Ziemian. Mają znacznie luźniejsze stosunki społeczne i obyczajowe. Nie panuje tutaj taka pruderyjność i skrępowanie moralne. Zapamiętałem jedno zdanie, które wypowiada Selene, że w warunkach sztucznego ekosystemu Księżyca zbędne są ubrania, bo nie mają, przed czym chronić. I tak jest w istocie. Lunarianie chodzą sobie nago, bądź praktycznie nago. Zawierają wolne związki, i dość swobodnie postępują w sprawach seksu. Co peszy ziemskiego naukowca Denisona. Co do fabuły to mamy spisek przeciw Ziemi, znaczące odkrycie naukowe, które ratuje nasz Wszechświat i pomysł, aby Księżyc odleciał w Kosmos.


„Równi bogom” to dziwna książka. Nie porywa, nie powala na kolana. Dobrze się czyta, ale moim zdaniem trochę już się zdewaluowała w czasie. Pierwszą część można uznać za swojego rodzaju manifest i apel o zdrowy rozsądek skierowany do rządzących i naukowców. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że książka, choć należy do science – fiction była i jest mocno osadzona w swoim czasie i w problemach lat siedemdziesiątych. Przeszkadzało mi to i to bardzo. Druga część z pozoru najciekawsza nużyła mnie. Podczas lektury miałem przed oczyma galaretowate bloby ocierające się o siebie (nie wiem co ze mną nie tak:), ale ocierające się w sposób bardzo konserwatywny i pruderyjny! Trzecia część podawała dość ciekawe rozwiązania społeczne. Mieszkańcy Księżyca nie tęsknią za Ziemią, nie potrzebują nieba, wiatru, trawy. Zdają sobie sprawę, że ich życie będzie przebiegać w ekosystemie zamkniętym, w którym wiele ziemskich przyzwyczajeń, zachowań nie ma racji bytu. Trzecia część mogła najbardziej zwrócić uwagę jeśli chodzi o nasze wyzwanie. Z racji opisania dość swobodnych księżycowych obyczajów, które tak bardzo drażniły mieszkańców Ziemi.

 

P. S. "Przeciw głupocie nawet bogowie na próżno walczą?"

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Cedro - Równi Bogom Asimova - recenzja 1

Mam niesamowity problem z Równi bogom Asimova, bo obok tego, że tę króciutką powieść czytało mi się naprawdę dobrze, to jednak ma ona sporo wad, a najważniejszą z nich jest jej nijakość i w sumie pewnego rodzaju efekciarstwo w futurystycznych projektach za którymi nie poszła interesująca intryga i dobrze skonstruowani bohaterowie. Tym samym Asimov napisał w sumie niezłą zabawową książkę spekulatywną, w której teoretyczne dywagacje o przyszłości są znacznie bardziej wciągające od opowiadanej przez niego historii.

 

Powieść Równi bogom składa się z trzech części, z których bezspornie najlepsza jest środkowa, opowiadająca o alternatywnym paraświecie i zamieszkujących go paraludziach. Z góry uprzedzam, że w recenzji znajdą się spojlery, bo adresuję ją raczej do tych, którzy lekturę powieści Asimova mają za sobą. I też dlatego, że sama fabuła jest tak prościutka, że trudno pisać o niej cokolwiek więcej bez zdradzania istotnych dla książki faktów i wydarzeń.

 

Tak jak napisałem wyżej, najciekawszy jest rozdział środkowy. Mimo tego, mam jednak z nim pewien problem, który polega głównie na tym, że pomimo bardzo ciekawego konceptu na alternatywną cywilizację, trudno nie odnieść wrażenia, że została ona obmyślona tylko na potrzeby zadziwienia czytelników. Samo w sobie nie jest to niczym złym, ale rozczarowuje brak silniejszego połączenia z resztą historii. Efektem tego jest nieprzyjemne odczucie, że przepoławia ona nieskładnie całą intrygę na pół. O ile bowiem jeszcze rozdziały pierwszy i trzeci poruszają zbliżone kwestie, o tyle w przypadku drugiego rozdziału punkt ciężkości został raczej położony na kreację alternatywnej rzeczywistości, a nie na połączenie jej z głównym tematem powieści, czyli śmiertelnej groźby, jaka jest związana z działalnością Pompy. Ostatecznie dostajemy więc trzy w miarę niezależne opowieści, które próbują udawać składną całość, podczas gdy w rzeczywistości są raczej fantazyjnymi impresjami, podczas których Asimov popuszcza wodze wyobraźni i w tym miejscu trzeba przyznać, że jego wizje mieszkańców księżyca i paraświata same w sobie są naprawdę spektakularne i zapierają dech w piersiach. Pomysł ze zmianami w ludzkim ciele, spowodowanymi adaptowaniem się do warunków księżyca został bardzo fajnie przemyślany i ograny. A szczegółowość i daleko idąca pomysłowość w kreowaniu zupełnie alternatywnej cywilizacji, opartej na energii słonecznej, (przy czym nie idziemy w stronę organizmów roślinopodobnych, ale skonstruowanych na modłę gazów) jest po prostu mistrzowska.

A jednak, jak napisałem wyżej, mam pewien problem ze środkowym rozdziałem. Sama idea stworzenia paraświata opartego na energii słonecznej, w ramach którego powstały cztery, powiązane ze sobą gatunki: tajemniczy Twardzi i stanowiący centrum opowieści Miękcy: Emoconałowie, Racjonałowie i Rodziciele jest zachęcająca, niestety sposób jej rozczarowuje. A prostota całej historii przypomina bardziej przypowieści o początkach wszechświata, niż swojego rodzaju thriller s-f.

Miękcy żyją w triadach, czyli związkach, w których podział ról jest bardzo sztywny i konserwatywny, zależny od natury i predyspozycji każdego z członków triady. Jak okazuje się w toku opowieści poziom zindywidualizowania mieszkańców paraświata jest bardzo niewielki. Tak samo dzieje się z tolerancją na wszelką inność. Przekonują się o tym główni bohaterowie, połączeni w jedną triadę, którzy – każdy na swój sposób – wyróżniają się i odbiegają od przyjętej powszechnie normy. Skutkuje to wyalienowaniem i ostatecznie frustracją. Wielką tajemnicą paraświata jest fakt, że Miękcy to po prostu wczesne stadium Twardych, pod koniec swojego życia, łączą się oni w jedne indywiduum i stają się materialnymi Twardymi. W ten sposób Emocjonał, Racjonał i Rodzic w triadzie byli jedynie rozszczepionymi elementami jednej osobowości. Niestety o tym, jak wygląda w praktyce funkcjonowanie takiego połączonego Twardego nie dowiadujemy się zbyt wiele, bo właśnie w chwili połączenia głównych bohaterów Asimov urwał cały wątek. Można jednak przypuszczać, że wówczas następuje pewnego rodzaju przerwanie wcześniejszej formy bytowania i powstanie nowej. Wnioskuję tak na podstawie historii Dui, której buntownicze nastawienie zdaje się być całkowicie spacyfikowane właśnie poprzez połączenie jej z resztą triady w nowego Twardego. Tym samym Asimov tworzy bardzo konserwatywny obraz świata, w którym role każdej jednostki są sztywnie podzielone i w którym nie ma miejsca na alternatywne zakończenie i własny, indywidualny wybór, czy ambicje. Potrzeba wolności i buntu Dui była czymś niezwykłym w bardzo kolektywnym świecie paraludzi, skoro więc „rebelia” tak wyjątkowego emocjonała, jakim jest Dua została łatwo stłumiona, właściwie bardziej przez naturę, niż działania społeczeństwa, to wychodzi na to, że świat paraludzi nie niesie ze sobą możliwości jakiejkolwiek zmiany. Związane jest to również z tym, że poprzednie wartości i nastawienie Dui (niechęć do Twardych i ich moralności, niechęć do idei pompy) wydają się całkowicie zmieniać po powtórnych narodzinach. Tak jakby wszystko, co wydarzyło się wcześniej uległo unieważnieniu. W ten sposób można wywnioskować, że bunt jest domeną niedojrzałych, dziecinnych jednostek, a konserwatywny świat dorosłych jest nienaruszalny. Tym samym obok queerowych zabaw płciowością, Asimov zdecydował się na ustalenie stałych praw społecznych, bardziej w oparciu o "fizykę" paraświata, niż umów pomiędzy różnymi grupami. Jeżeli dodamy do tego podział na "wiedzących" Twardych i nieświadomych niczego "Miękkich", to wyjdzie nam wręcz totalitarna utopia, w której wszyscy mogą być szczęśliwi o ile nie wyłamują się z obowiązującego schematu.

 

Jednocześnie moim dużym zarzutem w stosunku do takiej koncepcji alternatywnej cywilizacji jest to, że Asimov zrezygnował z jakiegokolwiek podłoża biologicznego. Nie wiadomo dlaczego paraświat miałby zdecydować się na tak skomplikowaną formę życia (poza chęcią zadziwienia i zaskoczenia), jak pomysł na dziecinną Triadę i dorosłych tajemniczych Twardych. Wydaje się on raczej trudny do obronienia. Zwłaszcza, że został osadzony bardziej w świecie idei (konserwatywny ustrój społeczny, brak kontekstu przyrodniczego), niż biologii. Na dobrą sprawę nie dowiadujemy się w jakim świecie żyją Twardzi i czym się zajmują poza bardzo mistycznie pojmowaną „nauką”. Taka redukcja świata zewnętrznego (i wewnętrznego) została prawdopodobnie wymuszona tym, że bardzo trudno byłoby wybronić Asimovovi tezę o prawdopodobieństwu takiej cywilizacji. Oczywiście cały czas mówimy o powieści s-f, która ma głównie zabawiać, ale problem z Równi bogom polega na tym, że Asimov dał nam jedynie futurystyczne obrazy pozbawione wciągającej intrygi, przez co naturalnie skupiamy się na samej teorii alternatywnego świata, ponieważ de facto nad samą fabułą ciężko jest się roztkliwiać, jeżeli została ograniczona do minimum.

 

Podobnie rzecz się ma z trzecim rozdziałem. Obok bardzo ciekawego obrazu zamieszkałego Księżyca, pojawia się absurdalny pomysł, aby zrobić z niego statek kosmiczny. Na co Ziemianie odpowiadają (!), że nie ma sprawy, a oni wybudują sobie sztucznego satelitę o tej samej wielkości (bo sam księżyc jest potrzebny, aby wybudować na nim maszynerię, która wykreuje nową energię i pozwoli zablokować zabójczą działalność pompy), zupełnie zapominając, że odlot księżyca zmieniłby zbyt wiele w przyrodzie Ziemi. I to nie jest jedynie kwestia wybudowania sobie nowego satelity. Trudno więc uwierzyć w tak bezproblemowe podejście Ziemian do idei odlotu Księżyca wraz z jego mieszkańcami. W tym miejscu bardzo szwankuje prawdopodobieństwo psychologiczne, z którym Asimov w ogóle radzi sobie raczej średnio. Zarówno charakter jak i motywacja bohaterów jest bardzo umowna.

Przydało by się jakieś soczyste podsumowanie, ale prawda jest taka, że nie umiem jednoznacznie ocenić powieści Asimova. Zarówno jeżeli przyjrzeć się z perspektywy głównego tematy naszego wyzwania (queer), jak i s-f. 

Tagi: queer s-f
13:52, cedroo , Recenzje
Link Komentarze (8) »
niedziela, 03 października 2010
"Maszyna różnicowa" - William Gibson, Bruce Sterling

Po naszym niedokończonym steampunkowym wyzwaniu pozostało mi kilka nieprzeczytanych książek. Pierwszą i chyba najważniejszą z nich jest "Maszyna różnicowa" - powieść, której entuzjastyczną, skrajnie nieobiektywną recenzję znajdziecie tutaj.

 

wtorek, 16 lutego 2010
Punkt Omega
Całkiem sprytnie się książki ze steampunkowego wyzwania ułożyły. "Punkt Omega" to dokładne przeciwieństwo "Dworca Perdido". Razem tworzą klamrę dla całego fantastycznego dorobku.
poniedziałek, 15 lutego 2010
Więcej nie znaczy lepiej; "Punkt Omega" Michał Protasiuk, Wydawnictwo Dolnośląskie 2006
Kolejna książka w steampunkowym wyzwaniu, której nie nazwałabym steampunkową, więcej, nie nazwałabym jej nawet fantastyczną.
niedziela, 14 lutego 2010
"Punkt Omega" - Michał Protasiuk
Zaczynało się nieźle, a wyszło jak zwykle.
czwartek, 11 lutego 2010
"Punkt Omega" - Michał Protasiuk
Drugą steampunkową lekturą naszego wyzwania był "Punkt Omega" Michała Protasiuka - książka ochrzczona mianem pierwszej prawdziwej polskiej powieści z gatunku steampunk. I to się chyba zgadza - znajdziemy tu wszystkie charakterystyczne dla tego nurtu gadżety, a nawet odpowiednią stylizację. Czy mamy jednak do czynienia z dobrą literaturą?
piątek, 29 stycznia 2010
Punkt Omega - Michał Protasiuk
Czy stworzone przez muzyka, redaktora fanzinu Inne Planety, filozofa z zainteresowania, badacza marketingowego z zawodu, połączenie idei filozoficznych, licznych odniesień biblijnych, naukowego żargonu, w realiach steampunku może być dobrą, interesującą i godną uwagi lekturą?
środa, 27 stycznia 2010
"Punkt Omega" - Michał Protasiuk
Nie będę opowiadać, o czym jest ta powieść (zrobiłam to na moim blogu), bo uczestnicy wyzwania najpóźniej do niedzieli sami się tego dowiedzą. Wpis przeznaczony jest dla osób, które lekturę mają już za sobą i zawiera spoilery. Tutaj napiszę dlaczego oceniłam książkę na 3- w pięciostopniowej skali.
 
1 , 2
Wyzwanie Steampunk:

Wyzwanie Queer: